Przez ostatnich parę lat bastionem lewackiego zidiocenia była w Europie Wielka Brytania. Wprawdzie inne kraje nieśmiało próbowały konkurować (na przykład Hiszpania pod rządami Jasia “Zapatero” Fasoli), ale palma pierwszeństwa bezapelacyjnie należała do ojczyzny Beatlesów – w końcu nigdzie indziej, w trosce o ciapiatych, nie przemianowano obchodów Bożego Narodzenia na “Winter Festival of Light”. Zaskakujące, że nawet Francuzi przejawiali więcej rozsądku…
Bardzo mnie zastanawiało, co na takie dictum Holandia? W końcu ten kraj promował się od lat sześćdziesiątych na oazę tolerancji, wolnej miłości i w ogóle – jedyne miasto, gdzie trzymając w garści zapalonego jointa można zapytać policjanta o drogę do przybytku uciech. W ciągu ostatniego roku pojawiały się nieśmiałe oznaki odwrotu od oszalałego liberalizmu (tak jak się go postrzegapoza Holandią): zredukowano ilość coffee shopów przy granicy, w samym Amsterdamie spadła liczba witryn z “panienkami z okienka”…
Ale to były, proszę państwa, tak zwane pozory: holenderski rząd postanowił się przyjrzeć prawnym aspektom pójścia w ślady Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii i bada, czy można dopuścić stosowanie szariatu w pewnych dziedzinach, takich jak śluby, rozwody czy dziedziczenie. Minister sprawiedliwości Ballin zawiadomił parlamentarzystów, że podstawowym obowiązkiem rządu jest troska o zapobieżenie sytuacji, gdy ludzie biorą prawo w swoje ręce i w społeczeństwie rozwija się równoległa struktura. Typowa czerwonalogika: ogłaszamy troskę o szczytne wartości, a de facto robimy kompletnie coś innego – bo jak inaczej określić sytuację, gdy świecki rząd kapituluje przed pomysłami chędożących kozy fanatyków w turbanach?
W myśl staropolskiej zasady “wróg mojego wroga moim sojusznikiem”, muszę tu wspomnieć o socjalistycznych deputowanych w parlamencie, którzy w zdecydowanej większości sprzeciwiają się temu pomysłowi (badanemu przez, de nomine przynajmniej, chadecki rząd). Jak na czerwonych przystało, wszystko kojarzy im się z seksem: główny zarzut to przymus spełniania obowiązku małżeńskiego i możliwość poligamii – ale z braku poważnego oporu, dobre i to.
Jak to się już nie raz zdarzyło, także i tu pojawiają się pożyteczni idioci, będący duchowymi spadkobiercami Radia Erewań: zdaniem profesora Bergera z uniwersytetu w Leiden, możliwy jest kompromis (swoją drogą to słowo jest jakimś fetyszem dla lewactwa) – a precedens już jest, w postaci ortodoksyjnego judaizmu (oj, zaśmierdziało antysemityzmem) i protestantyzmu, gdzie kobiety zgadzają się na podrzędną rolę w małżeństwie. Nie wspominając oczywiście o tych okropnych obskuranckich katolikach, którzy nie uznają rozwodów…
Mnóstwo ludzi w polskiej polityce zrobiło sobie sztandar z hasła integracji z Europą (zupełnie jakby Polska leżała w Azji Mniejszej) – a że umieją to nieźle opakować marketingowo, część daje się na to nabrać. Gdyby ktoś jednak miał wątpliwości, warto przyjrzeć się Europie Zachodniej: do tego mniej więcej zmierzamy. Im dłużej się temu przyglądam, tym większe mam wątpliwości: i do czego się tak spieszyć?



Komentarze
Pokaż komentarze (6)