Przedwczoraj urodził się nowy Obywatel IV RP. Ma 3.5 kilo, a na imie Lech (nie, nie od prezydenta, to po dziadku). Parę dni temu pytałem kogoś innego, kto się chwalił udanym porodem "jak było", czy " jak sie czuje". Teraz juz wiem.
Satysfakcja z posiadania dziecka trwała chwile. Potem opadła adrenalina i przyszedł stres z powodu mnóstwa niedopełnionych domowych obowiązków. Na dodatek przyszło ni to poczucie winy, ni bezsilności, że się widziało własną żonę zwijającą się z bólu na podłodze i krzyczącą tak, że nie da się opisać. Chyba jeszcze trochę, to by szyby z okien poleciały. Krew, czy widok wydobywającego się z krocza dziecka, to przy tym pikuś. Wszelkie poczucie wstydu mija przy pierwszych silnych skurczach - nic więcej już się nie liczy. Na dobre ochłonąłem dopiero dziś. Nie dziwię się już szwagrowi, który po porodzie pierwszego dziecka zemdlał.
Niemniej, wszystko skończyło sie dobrze, z niewielką pomocą lekarza i położnej, którzy w finale nieco pomogli dziecku przyjść na świat.
Pozdrawiam wszystkich, którzy przeżyli to samo. Tym, którzy nie przeżyli, życzę, aby mieli okazję przeżyć.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)