Pewnie myślicie, że polski sport, to piłka nożna? Zdecydowanie nie. Sport to coś, w czym się uczestniczy aktywnie, a nie przed telewizorem z piwkiem w ręku. Prawdziwy polski sport, w którym uczestniczy większa część populacji, to oczywiście grzybobranie!
Właśnie zaczyna się sezon i tłumy rodaków ruszają do lasu. Na poboczach leśnych dróg stoją setki samochodów. Zaczyna się sezon na aktywność, która w skali Europy jest prawdziwym fenomenem. Sport ten uprawia się w dwóch odmianach - ekstremalnej, czyli weekendowej, oraz rekreacyjnej, czyli w tygodniu. Najlepsi zawodnicy odmiany weekendowej startują już ponoć przed świtem, uzbrojeni w latarki, aby zdążyć przed innymi. W wersji rekreacyjnej (czyli np. w środę) można wstać o normalnej godzinie i wyruszyć w las po sutym śniadaniu. Jest to konkurencja prawdziwie rodzinna, uczestniczą w niej wszystkie pokolenia, które mogą jeszcze, albo już - chodzić. W zależności od ilości zbieraczy i obfitości grzybów, mamy do czynienia ze zbieraniem właściwym, albo z szukaniem grzybów. W tym roku jest szansa na zbieranie, a nie szukanie: bardzo ładnie obrodziły maślaki.
Umiejętność zbierania i przetwarzania grzybów jest u nas nauczana od dzieciństwa i jej elementy zawędrowały nawet do szkół. Na umiejętności grzybiarza składa się dobre oko, znajomość miejsc gdzie grzyby występują obficie, ale przede wszystkim umiejętność rozróżniania gatunków. Bez tej jakże cennej umiejętności zbieranie jest bardzo niebezpieczne, o czym uczy się u nas już dzieci. Im więcej grzybów rozróżnia się, tym więcej z nich można zebrać, bo nieznanych grzybów, jak powszechnie wiadomo, zrywać nie należy. Stąd też niemal wszędzie rosną piękne kanie, których mało kto się ośmiela zrywać, z powodu podobieństwa do muchomorów. Nie raz wiedza o grzybach ginie wraz z grzybiarzem: mój dziadek wybierał się na łąkę zbierać "tonderki". Nigdy nie doszedłem co to były za grzyby i nikt inny, kogo znam, nie spotkał się z taką nazwą.
Nie bardzo zdajemy sobie sprawę, że zbieranie grzybów jest czymś, co odróżnia nas od innych narodów Europy. Ciekawe, że na Zachodzie tradycyjnie je się grzyby, ale zwykle tylko jeden, popularny w danym kraju gatunek. Np. w Niemczech je się kurki, w Norwegii prawdziwki, w Anglii pieczarki. Natomiast zaginęła tam umiejętność zbierania grzybów. Kilku moich znajomych z wizyt w krajach UE zapamiętali głównie, że "taki gówniany lasek, stary, a normalnie, taaaakie prawdziwki, i nikt ich nie zbierał, uwierzysz? No to myśmy zebrali....". Takie mniej więcej docierają do mnie relacje, w tym jedna z wizyty w Berlinie w Tiergarten. Ponieważ grzybów tam nikt nie zbiera, to przysmaki na norweskie i niemieckie stoły mają na opakowaniu najczęściej nalepkę "made in Poland".
Ciekawe, skąd wziął się u nas obyczaj grzybobrania? Na pewno w jego zachowaniu miał udział specyficzna dla Zaboru Rosyjskiego instytucja serwitutów, czyli prawa ludności wiejskiej do korzystania z lasów dworskich i w ogóle długie utrzymywanie się przeżytków feudalizmu na wsi. Nasze zamiłowanie do grzybów podzielają wszak Rosjanie, Słowacy, a także oczywiście Białorusini i Ukraińcy. Jednak nie jest to takie proste, że jest to zachowanie spowodowane chłopską biedą: w "Panu Tadeuszu" mamy opis grzybobrania odbywanego przez towarzystwo i wyłącznie dla rozrywki.
Obfitość lasów również nie koniecznie musiała być decydująca: w Niemczech czy w Norwegii lasów jest dość sporo, a grzybów się nie zbiera. Prawdopodobnie wszystkie te czynniki zbiegły się i spowodowały, że grzybobranie przetrwało i ma się u nas świetnie.
Ciekawe, czy emigracja na Zachód spowoduje rozpowszechnienie się zbierania grzybów na społeczeństwa zachodnie? Wszak wymiana kulturalna nigdy nie przebiega w jedną stronę, np. w wyniku odkrycia Ameryki Indianie nauczyli się pić, a Europejczycy palić. Może więc za 100 lat językoznawcy odkryją, że większość nazw grzybów w językach europejskich, to kalki z polskiego? Może niedługo w języku angielskim pojawią się takie nazwy jak "real mashroom", "under mashroom", albo "fly killer"?



Komentarze
Pokaż komentarze (4)