Dawno nie pisałem - przez końcem roku obowiązki w pracy nawarstwiły się, a w święta trzeba świętować. No i w ogóle byłem w miejscach odciętych od internetu. Nazbierało mi się więc inspiracji, z których każda mogła by zakiełkować w osobny tekst, ale z braku czasu i internetu - nie zakiełkowały. Spróbuję ująć to wszystko, co zapamiętałem, lapidarnie w jednym wpisie.
Śpiew: w kościele tłok, a jednak "pełno nas, a jakoby nikogo nie było" jeśli chodzi o śpiewanie. No przesadzam, śpiewały moherowe babcie i ja. Natomiast reszta społeczeństwa z trudem. Czyżby oznaczało to stygnięcie wiary? Jej dalszą rytualizację? Chyba jednak nie. Problem dotyczy nie tylko kościoła. Ot, w pierwszy dzień świąt wyciągnąłem gitarę i urządziłem śpiewanie. Wujek mojej żony tak się ucieszył, że nie chciał wyjść do domu, a że włączył mu się na dodatek pijacki upór, poczułem się jak winowajca rodzinnej kłótni. "30 lat takich świat nie było, żebyśmy śpiewali" - powiedział. W moim domu na imprezach rodziców śpiewanie zawsze było czymś oczywistym, co weszło mi w krew. Może to dziedzictwo wschodnie (Babcia z Białorusi)? Ale obserwuje inne domy i widzę, że tam tego nie ma.
Jest jakaś zmiana cywilizacyjna, odwrót od domowego muzykowania, od śpiewania i uczenia się znanych piosenek. Granie na gitarze zostało ograniczone w życiu do czasu zawierania znajomości damsko - męskich. Potem niknie. Kiedyś było zupełnie inaczej. Na wsi śpiewano przy pracy, żeby szybciej minął czas. W mieście, kiedy jeszcze nie było tanich sposobów odtwarzania muzyki, śpiew i gitara (albo inny instrument) były nieodłącznym elementem zabawy. Teraz wszystko to zamiera.
W święta przeczytałem "Zimistrza" Pratchetta. Wydawnictwo "Pruszyński..." robi sobie najwyraźniej jaja z czytelników. Naprawdę nie rozumiem jak w jednej serii wydawniczej można wydawać przy każdym tomie inaczej zredagowane tłumaczenie do tego stopnia, że imię głównej bohaterki się zmienia. To samo język Nac Mac Feeglów, ale to jeszcze mogę zrozumieć. Z tomu na tom robi się coraz bardziej gwarowo - góralski, co ma uzasadnienie, pewnie tłumacz się uczy. No i w jednym tomie mamy Nac Mac Feegle, w innym Fik Mik Figle. Ale zmiana Aquili na Tiffany? Przesada. Widocznie wychodzą z założenia, że głupi czytelnik i tak kupi. No i fakt, kupił. Pewnie ma to związek w tym, że zmieniają sie tłumacze: raz pan Cholewa, innym razem pani Grupińska. Tylko, że co mnie to obchodzi? "Płacę - żądam! Jest panie, k... demokracja", cytując klasyka. Lubię Pratchetta, chociaż jego filozofia relatywizmu mnie drażni.
W Trójce relacja z Anglii. Facet jechał autobusem i zorientował się nagle, że jest jednym z niewielu białych w pojeździe, a ci inni biali to najprawdopodobniej inni Polacy czy Czesi. Identyczną obserwację podrzucił mi kolega z Francji. Wracał metrem z pracy i nagle spostrzegł, że na całym długim peronie jest jedynym rodowitym Europejczykiem. Czyli ciężko pracujący, dorabiający się ludzie, utrzymujący cały system, to już przyjezdni. Natomiast Europejczycy to ci, co mają własne samochody i komunikacji publicznej unikają. Czy tak nie było w koloniach 100 lat temu? Czyżby Europejczycy: Anglicy, Francuzi, Belgowie, Holendrzy i kto tam jeszcze, stawali się elitą kolonialną we własnych krajach? Zabawne, uciekli od kolonializmu, bo był za drogi, tymczasem procesy demograficzne spowodowały, że przenieśli go do metropolii. Ciekawe kiedy przyjezdni zorientują się, że wciąż są niższą kategorią, robiącą na dobrobyt uprzywilejowanych. A może już się kapnęli?
Dziś w telewizji "Underworld". Durna bajeczka, ale obejrzałem. Potrzebuję od czasu do czasu porcji nieskomplikowanej fabuły, podanej w atrakcyjny sposób. Szczególnie, kiedy jestem przeziębiony, jak teraz. Ciekawe: protoplasta rodu Wilkołaków i Wampirów nazywał się... Korwin. Czyżby macki UPR sięgały aż do Hollywood?
Update: co jakiś czas jakiś zwolennik wolności gospodarczej typu Smutnyclown, albo elGuapto wychodzi z postulatem likwidacji monopolu państwa na produkcję pieniędzy. Oczywiście "światli ludzie", najczęściej o poglądach lewicowych (ale nie tylko) wyśmiewają te propozycje. Z pozycji ekonomicznych ich opór nie ma żadnego sensu, więc koncentrują się na kwestiach praktycznych "A niby jak mieć w portfelu kilka rodzajów pieniędzy? W jednym sklepie będę płacił banknotami KGHM, a w drugim innymi? Po co to komu?".
Na takie wątpliwości odpowiedź daje świąteczna praktyka rozdawania bonów do supermarketów. Bony są uznawane nie tylko w marketach, ale np. w Empiku i innych sklepach. Setki tysięcy ludzi ma w tym czasie "prywatne pieniądze" ważne w niektórych sklepach, w niektórych rejonach kraju. I co, świat się zawalił? Nastąpił krach finansowy z powodu masowych oszustw? Nie, wszystko jest OK. Czyli jednak można.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)