57 obserwujących
408 notek
490k odsłon
323 odsłony

Nasz odwieczny dylemat w nowej odsłonie: Polen czy Polin?

Wykop Skomentuj13

Każdy z nas ma to, co sobie wybierze.

A. Berkova

image

Nie wiadomo kto pierwszy powiedział, że historia lubi się powtarzać. To zresztą mało ważne, bo chociaż w zmiennym anturażu, ale naprawdę lubi. Mamy na to mnóstwo przykładów. I nie trzeba ich szukać w krainach dalekich oraz czasach odległych. Ot, weźmy schyłek XVIII stulecia i ziemie słabnącej Rzeczypospolitej…

W owym czasie świadomość potrzeby naprawy państwa Obojga Narodów zakiełkowała w wielu umysłach. Problem w tym, iż warstwy kierownicze upatrywały szansy na podniesienie się z kolan tylko i wyłącznie we współpracy z mocarstwami ościennymi. Właściwie nikt (a dokładniej prawie nikt) nie planował odbudowania potęgi Rzeczypospolitej siłami własnymi. Stąd też jedni („Familia” Czartoryskich i Poniatowskich) szukali pomocy na dworze moskiewskim, a drudzy („Stronnictwo  Patriotyczne” – głównie Potoccy) czynili umizgi wobec Berlina. Obu głównym stronnictwom przyświecały szczytne cele; przynajmniej formalnie. W pakietach reform znalazły się zmiany społeczne, skarbowe, militarne i gospodarcze. Ci marzyli o wypchnięciu z kraju wojsk rosyjskich, a tamci o nie wpuszczeniu nad Wisłę armii pruskiej.

Rozedrganie polityczne umiejętnie wykorzystywali sąsiedzi. A to z zapewnieniem o wielkiej miłości względem Rzeczypospolitej wyskakiwał poseł carski, a to w obecności posłów odczytywano list od króla Prus, który gotów był uchylić nieba nadwiślańskim sojusznikom. Mamiono naiwnych, składano obietnice dobrodusznym, a szczwanym wypłacano jurgielt. W efekcie co nieco nieroztropnym uzdrawiaczom udało się przeprowadzić i zrealizować, ale sprzyjająca koniunktura rychło się skończyła. Zarówno Rosja jak i Prusy miały żywotny interes w podtrzymywaniu niewypowiedzianej wojny domowej nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem, gdyż czerpały z tego spore profity. Stan ten trwałby zapewne jeszcze długo, lecz  widoczne opamiętanie znacznej części polskiego narodu politycznego i podjęcie przezeń działań na pograniczu prawa w celu przepchnięcia realnych zmian, było dla ościennych potęg sygnałem ostrzegawczym. A nuż olbrzym Rzeczypospolitej obudzi się z letargu? Co wtedy? Z tej przyczyny tak Prusy, jak i Rosja, pilnie pogasiły liczne ogniska konfliktów i  z całą mocą zajęły się rozbiorem ziem swego sąsiada. Władcy Berlina uznali, że w obliczu wydarzeń rewolucyjnych za Renem należy jak najszybciej zagarnąć na wschodzie najtłustsze kąski. A było o co walczyć, gdyż z samych ceł pobieranych na Wiśle od polskich kupców zbożowych przychody dla Berlina przynosiły niemal  tyle pieniędzy iloma dysponował cały budżet polskiego króla. Nie do pogardzenia były też inne i całkiem liczne zyski. Choćby tysiące rekrutów, których bez ceregieli oddawano pod władzę bezlitosnych pruskich kaprali. Z kolei Moskale uznali, że utrzymanie pod butem całej Rzeczypospolitej jest zadaniem karkołomnym i zwiastującym mnóstwo kłopotów. Dlatego lepiej zadowolić się mniejszym, ale bardzo smacznym kąskiem. W efekcie rok 1793 przyniósł drugi rozbiór, a reformatorzy zostali przez swych protektorów wystrychnięci na dudka. O tym co nastąpiło później nie trzeba przypominać…

Gdy wzbogacony doświadczeniem czasów minionych spoglądam na dzień dzisiejszy odnajduję bijące w oczy paralele. Prócz całego ich morza dostrzegam właściwie tylko jedną różnicę. Otóż, ponad dwa wieki temu oba ugrupowania, spierające się o przyszłość własnego kraju, planowały powrót do okresu chwały Rzeczypospolitej. Rozumiały tę „chwałę” odmiennie i – jak czas pokazał – dążyły do tego nieudolnie, żeby nie powiedzieć po amatorsku. Zasadniczo miały jednak na celu odzyskanie niezależności, a także rozwój kraju. We współczesnej Polsce o taki zamysł można podejrzewać tylko jedną z najsilniejszych formacji stających w szranki do nadchodzących wyborów prezydenckich. Czy to jednak wystarczająca kwalifikacja? Czy daje to jej reprezentantom prawo do wznoszenia hasła: kto nie z nami, ten przeciw nam? Jestem przekonany, że nie. Dlaczego?

Jedną z największych przywar dręczących rodzaj ludzki jest niewielka zdolność do uczenia się na błędach. Szczególnie tych z zakresu polityki. Szkoda, bo nasza historia pełna jest lekcji, które gdyby zostały odrobione zaoszczędziłby Polakom mnóstwa rozczarowań, nieszczęść i strat. Jako takie doświadczenie  postrzegam wydarzenia poprzedzające II rozbiór Rzeczypospolitej. Idę o zakład, że także wtedy kierownicy polskiej polityki byli przekonani, że ich trud zakończy się sukcesem. Byli tego tak pewni, iż obiecali Prusakom oddanie Gdańska i Torunia, a Rosjanom wystawienie licznego korpusu wojskowego do walk z Turcją oraz udział w podatkach zbieranych od obywateli Rzeczypospolitej, w zamian za wsparcie. Co więcej, przyrzeczenia  dane Berlinowi i Moskwie ukrywali przed ogółem! Mimo tak szczodrej i przy tym haniebnej oferty, zagraniczni kooperanci złamali ustalenia i postąpili zgodnie z… własnym interesem. Zupełnie bez sentymentów.

Zdaję sobie sprawę z faktu, że nasza Rzeczpospolita wciąż jest krajem na dorobku. Niezbyt zamożnym, posiadającym umiarkowanie sprawne siły zbrojne, silnie podzielonym i nieodmiennie zagrożonym przez swoich sąsiadów. Krótko mówiąc nie jest Szwajcarią ani Wielką Brytanią. Sytuacja ta powoduje, że jako pierwszorzędny cel dla narodu polskiego jawi się systematyczne wzmacnianie sił własnych i – co smutne, ale prawdziwe – znalezienie odpowiedniego sojusznika, gotowego osłonić nas przed naporem najbardziej agresywnych sił zewnętrznych. Według niektórych ten drugi warunek został wypełniony. Widzę to inaczej. Nie idzie mi jednak o samego sojusznika, gdyż de facto trudno o lepszego, lecz o… cenę, którą za ten sojusz przyjdzie nam zapłacić.

Odmiennie niż większość  komentatorów nie kpię z pojawiających się tu i ówdzie przestróg. Nie lekceważę sygnałów dochodzących z różnych stron. Biorę na poważnie zawartość oficjalnych dokumentów. Nie ignoruję faktów. Dzięki temu zdaję sobie sprawę z tego, że w cieniu zaciętej rywalizacji o fotel prezydencki, ukryły się wpływowe środowiska z wielkimi aspiracjami i jeszcze większymi interesami do załatwienia. W końcu prawie czterdziestomilionowy rynek zbytu, miliony hektarów żyznej ziemi, lasów i wód oraz doskonałe miejsce do prowadzenia zmagań o światową hegemonię, to nie w kij dmuchał. Wiedzą o tym możni tego świata i nie zamierzają stać z założonymi rękoma gdy ogłoszono licytację o takie zasoby. Czy jednak zdajemy sobie sprawę z potencjalnych konsekwencji wspomnianego przetargu?

Jeśli na tę chwilę nie mamy innego wyjścia i dla zdobycia czasu niezbędnego do faktycznego powstania z kolan musimy zapłacić, to targujmy się namiętnie, na chłodno i skutecznie. Koniecznie z zachowaniem godności i szacunku dla samych siebie. Bo przecież dawny dylemat o nazwie: Prusy czy Rosja?, przybierający dziś postać: Polen czy Polin?, nie musi być klątwą wiszącą nad głowami Polaków po wieki wieków.



Wykop Skomentuj13
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka