50 obserwujących
844 notki
1515k odsłon
  1030   0

Kampania prezydencka, czyli argumenty są bez znaczenia

Gołym okiem widać, że Polska znajduje się w bardzo ważnym momencie historycznym, porównywalnym z 4 czerwca 1989 roku. Od samego początku wiedzą o tym sztaby wszystkich kandydatów. Nagle okazało się, że prezydent wcale nie jest "strażnikiem żyrandola". Określenie to pojawiło się w okolicach 2011 roku, w czasie prezydentury Bronisława Komorowskiego, lecz było powielane także w początkowej fazie prezydentury Andrzeja Dudy. Mimo że konstytucyjne regulacje ustrojowe nie zmieniły się ani o milimetr, dziś wszyscy podkreślają olbrzymie znaczenie urzędu prezydenckiego. Nie ma mowy o marginalizacji. Skoro tak, to społeczeństwo powinno rzetelnie poznać wszelkie argumenty za i przeciw w odniesieniu do wszystkich kandydatów. Czy tak się stanie? Szczerze wątpię. I o tym właśnie jest moja notka.

Aby wybory miały głęboki, społecznie akceptowalny sens, muszą opierać się na co najmniej dwóch filarach. O wolnych wyborach (powszechnych, równych, tajnych i bezpośrednich) wiedzą niemal wszyscy, przeto nie ma co o tym pisać. Drugim filarem jest równowaga, a którego uzyskanie jest o niebo trudniejsze. Pojęcie równowagi w polityce dotyczy zarówno areny międzynarodowej, co rozumie i uznaje większość polityków, jak i krajowej, o czym pamięta niewielu. Teoretycznie to państwo polskie odpowiada za zapewnienie względnego stanu równowagi, ale od kilku dziesięcioleci tak nie jest. Jak najłatwiej zakłócić stan równowagi, a co automatycznie przekłada się na szanse wyborcze kandydatów? Jednowyrazowa odpowiedź jest banalna. Media. W dzisiejszej polityce to najpotężniejsza broń. Jesteśmy otoczeni (a nawet osaczeni) różnymi mediami, do których zalicza się: prasa, radio, telewizja, portale internetowe, media społecznościowe etc. etc. Większość jest powiązana między sobą, a część także z mediami zagranicznymi, czego wcale nie widać gołym okiem, a dzięki czemu mogą tworzyć rodzaj medialnego pudła rezonansowego.

Niestety, praktycznie nie ma w Polsce mainstreamowych mediów niezaangażowanych, tzn. w miarę obiektywny i wyważony sposób opisujących stan faktyczny. Chciałbym zaliczyć do chlubnych wyjątków S24, ale nie jest to medium mainstreamowe. Owszem, są stacje i dziennikarze bardziej lub mniej zaangażowani po którejś ze stron, ale de facto jesteśmy skazani na wędrówkę po wielu różnorodnych kanałach (stronach internetowych), porównywanie i samodzielne wyciąganie wniosków. Jak wielu wyborców to potrafi? Odpowiedź znowu jest banalna. Niewielu. Znakomita większość ma jakieś ulubione źródła informacji, na których bazuje. Nie widzi przy tym najmniejszej potrzeby weryfikacji informacji. I tak to się kręci. Wiedzą o tym doskonale inżynierowie ludzkich dusz, których tabuny od dawna w pocie czoła pracują w tle, w sposób niemal niewidoczny dla społeczeństwa. W tej kampanii fakty, prawda, fake newsy i oczywiste kłamstwa są doskonale zmiksowane. Zdecydowana większość wyborców nie jest w stanie ich rozróżnić, tym bardziej, że ludzie najczęściej ograniczają się do pobieżnego zapoznania z wiadomościami. W Polsce żaden problem przemienić zdrajcę w bohatera albo prawdę w fałsz. Najważniejszy jest bowiem zakres, zasięg, sposób, kontekst i natężenie przedstawiania argumentów (prawdziwych bądź fałszywych).

Niemal każdy wynik wyborów prezydenckich do niedawna był w Polsce możliwy w pierwszej turze. Obecnie, po podmianie kandydatki na kandydata, wydaje się, że większość niewidocznych inżynierów dusz, pracujących dla jednej i tej samej strony barykady dogadało się, że w drugiej turze ma się spotkać aktualny prezydent z podmienionym kandydatem, który teoretycznie posiada najwięcej sił. Biorąc wszystko pod uwagę moim zdaniem pierwsza tura może zakończyć się tylko taką niespodzianką, że urzędujący prezydent uzyska mniej procent głosów, niż zakładano. Wszystko, co najlepsze w bezwzględnej walce politycznej, będzie miało miejsce w drugiej turze. I tutaj znowu argumenty nie będą miały zasadniczego znaczenia. Kluczem będzie mobilizacja elektoratów. Wygra ta strona, której uda się zmobilizować więcej swoich zwolenników.  W drugiej turze spodziewam się więc frekwencji znacznie powyżej 60%, a wynik starcia może się różnić o mniej niż 1%, po czym nastąpi fala skarg i protestów, zarówno do Sądu Najwyższego, jak i do instytucji międzynarodowych.




Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka