99 obserwujących
395 notek
618k odsłon
4592 odsłony

Zainspirowana notką "Willa na Żoliborzu" - w uzupełnieniu. Życie w powojennej Warszawie

Wykop Skomentuj132

https://www.salon24.pl/u/sine/933521,willa-na-zoliborzu

Polecam Wszystkim tę notkę - i dyskusję. W dyskusji wypowiedziało się dużo osób - na temat kwaterunku, ale również na temat sytuacji i losów AK-owców w powojennej Warszawie i na temat realiów życia w powojennej Warszawie.


Niestety wielu dyskutantów przedstawia tylko obiegowe mity i własne wyobrażenia.


Z przedstawionych przez niektórych dyskutantów opinii wynika, że AKowcy nie mogli wręcz dostać przydziału kwaterunkowego na mieszkanie, nie mogli studiować - przydział kwaterunkowy miał być rzekomo przywilejem, nagrodą zastrzeżoną dla pupilków władzy, wyróżnieniem dla "swoich". Dyskutanci zdają sie nie mieć pojęcia, jak działał kwaterunek w powojennej Warszawie - zwłaszcza w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych. Mylą to (nieświadomie? celowo?) z działalnością kwaterunku trzydzieści lat później.


Przypomnę więc tylko garść faktów.


Warszawiacy, wracający sukcesywnie po Powstaniu do Warszawy, zastawali morze ruin i zgliszcz. Warszawa została zburzona w 80%. Wykorzystywano każdy lokal, nadający się do zamieszkania. Do ocalałych mieszkań i willi kwaterunek dokwaterowywał obcych ludzi; często przydział na jeden pokój dostawała cała rodzina. Przydziały były w mniej lub bardziej atrakcyjnych miejscach - trudno, żeby było inaczej. W mieście ocalały różne lokale. Co decydowało o konkretnym przydziale? Nie mam pojęcia. Wlatach pięćdziesiątych byłam małym dzieckiem. Cóż - natura ludzka pozostaje od wieków niezmienna. Zapewne można było uzyskać bardziej  atrakcyjny przydział, mając szwagra czy kumpla w kwaterunku. Podobnie jak wiele lat później można było uzyskać mięso spod lady, mając "chody" u pani Zosi z mięsnego. To nie władza ludowa sprzedawała "swoim" to mięso swoim pupilom jako przywilej za zasługi - to sprzedawała pani Zosia.


Z biegiem lat działalność kwaterunku się zmieniała - ale w dyskusji była mowa o przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych.


Kwaterunek lat czterdziestych, pięćdziesiątych - a siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych - to w ogóle rzeczy trudno porównywalne. Jednak ludzie złej woli potrafią to zrównać i pomieszać wszystko, byle tylko oczernić konkretnego człowieka.


Już w czerwcu 1945 r. lewobrzeżna Warszawa liczyła 185 tysięcy mieszkańców. Pierwsze uczelnie, odbudowane i uruchomione tylko częściowo, zaczęły działać jeszcze przed przywróceniem w mieście wody, światła, gazu i komunikacji. Studenci chodzili na uczelnię na piechotę; część zajęć to było wspólne z profesorami odgruzowywanie. Większość warszawiaków nie miała wtedy żadnych dokumentów - metryk, matur... wszystko spłonęło. By dostać się na uczelnię, trzeba było oprócz zdania egzaminów odnaleźć świadków, potwierdzających,  iż ukończyło się maturę na tajnych kompletach lub przed wojną.


Niedługo zabraknie już w ogóle żyjących świadków historii, dlatego należy przypominać fakty póki czas.


Sięgam do książki śp. Mamy, Krystyny Zglinickiej-Ostrowskiej  "Wspomnienia z Powstania Warszawskiego. W Śródmieściu Południowym"


Powrót do Śródmieścia Południowego

Maj 1945 r.

Po  siedmiu miesiącach tułaczki i ukrywania się wróciliśmy z Januszem do Warszawy, w której gruzach spoczywają ci, z którymi związała nas tajna nauka, konspiracja i walka.

Poraził nas widok plakatów umieszczonych na ruinach obok powstańczych grobów. Plakaty rzucają straszne oskarżenia, plakaty krzyczą:

"Precz ze skrytobójcami z AK!"

"AK - sprzymierzeńcy Hitlera!"

"AK - podpalacze Warszawy!

"AK - zapluty karzeł reakcji!"

A więc tak zostali osądzeni polegli, takie jest nastawienie do nas, którzy przeżyliśmy...

Jesteśmy z powrotem w swoim mieście, ale w obcym domu. Mieszkanie teściów zostało zburzone w połowie Powstania, a rodziców - spalone przez Niemców po kapitulacji.

Zamieszkaliśmy przy ulicy Mokotowskiej 59. Podczas Powstania tuż obok, pod numerem 55, mieścił się duży szpital, do którego przynosiłam rannych z ulicy Wiejskiej, stanowiącej najbliższą linię frontu. Dom nr 59 jest częściowo zburzony i wypalony, ale część oficyn ocalała. Mieszkamy w głębi drugiego podwórka na parterze. Lokal składa się z trzech ciemnych pokoi z kuchnia bez łazienki i bez ubikacji. Mieszka tu nas ośmioro: państwo Górscy z dwojgiem dzieci, teściowie i ja z Januszem. Nasz pokoik jest wąski i długi, większą jego część wypełnia tapczan. Sufit jest zawilgocony, bo dach uszkodziła bomba. Przez okno widać calkowicie spalony dom, w którym mieszkałam z rodzicami. Dziwnym zrządzeniem losu z całego trzypiętrowego budynku ocalał tylko maleńki kawałek stropu naszej łazienki, na którym wisi wanna i piecyk. To wszystko co zostało z dawnego życia... Ten smutny, czarny szkielet mojego domu widzę, ile razy spojrzę w okno, staram się spogladać jak najrzadziej...

Wykop Skomentuj132
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura