Beret w akcji Beret w akcji
139
BLOG

Dla Blogera @Eri i Komentatora @Velero

Beret w akcji Beret w akcji Rozmaitości Obserwuj notkę 26

https://www.salon24.pl/u/eri/1499870,bo-gini-oraz-beret-w-akcji-zdumiewaja-mnie

Dziękuję Blogerowi @Eri za poświęcenie mi notki, pochylenie się nad moją ignorancją i zagubieniem oraz za porady - o które wprawdzie nie prosiłam, ale przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Wujek Dobra Rada zawsze mile widziany:)

Jednak przede wszystkim dziękuję za inspirację - notka Kolegi wywołała burzę wspomnień. Przeszłość wróciła.


Dziękuję Komentatorowi @Velero za piękny i mądry komentarz, którego Adresat co prawda nie zrozumiał (co raczej nie dziwi)  - ale ja aż zbyt dobrze... Jestem przekonana, że pozostała tu jeszcze (mimo upadku portalu) niemała grupa Czytelników, która też go zrozumiała.

Velero, 20 kwietnia 2026, 13:36

Nie podoba mi się to, co tu robisz pouczając z wysoka w kwestii odwiecznych pytań, które wcale nie są proste. I nigdy nie były.Z problemem cierpienia niewinnych ( a to o nim piszą G. i B.)intelektualnie nie poradził sobie nawet taki gość jak C.S.Lewis, a był przecież gigantem myśli chrześcijańskiej. Czytałeś jego "Smutek"? Przeczytaj. Nawet "Jack" poddał się w końcu i - zamiast intelektualnych dociekań oraz katechizmu - świadomie, jako akt woli, wybrał bezradne zaufanie wobec tajemnicy. Wiara to nie wygładzona ciepła pierzyna i nie regulamin, to ocean mający przypływy, odpływy i Horny na których można się roztrzaskać, a wobec cierpienia niebo bywa puste jak blaszane wiadro i nie pomogą internety ani nawet trzytomowe "Rozmowy o Biblii" Pani Profesor Świderkówny choć to znakomita praca.Dobrze, że padają takie pytania, trzeba poznać swój przylądek Horn, żeby się z nim zmierzyć i żeby nie bajdurzyć o " klechach", "źródłach historycznych", "paradoksach", "nieścisłościach biblijnych", "klerykalizmie"i takich tam zastępczych zabawkach.  Interpretacje i katechizmy wobec cierpienia niewinnych zawsze będą bezsilne. Lewis to wiedział, dlatego pisał o Obecności, a nie o dogmatach, a Ty chyba jeszcze tego nie wiesz.

A było to tak...

Na religię chodziłam do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu - ponad 60 lat temu... Tak, tak - do tego samego, w którym wiele lat później ksiądz Jerzy Popiełuszko odprawiał słynne Msze Św. za Ojczyznę; tego samego, na którego dziedzińcu znajduje się grób księdza Jerzego.

Wtedy kościół wyglądał inaczej - był z czerwonej cegły. Dopiero wiele lat później został otynkowany na biało.

Na religię chodziłam całe 12 lat - 8 klas podstawówki i 4 liceum. Religia była w dwóch salkach katechetycznych w kościele - w jednej dla dzieci młodszych, w drugiej dla młodzieży. Religię dla dzieci prowadziła siostra zakonna; dla młodzieży - ksiądz. Chodziliśmy prawie wszyscy - z mojej klasy nie chodziła tylko jedna koleżanka.

I stało się tak, że część z nas, chodzących - odeszła od wiary - niektórzy na długie lata, nietórzy na zawsze (?). Część wróciła - już inna, odmieniona. A koleżanka, która nie chodziła,  przeżyła dosyć spektakularne nawrócenie - mając już dwoje dzieci, wzięła ślub kościelny - i podjęła praktyki religijne z ogromną żarliwością.

Niektóre dzieci kończyły naukę religii po Pierwszej Komunii Św.; duża część po bierzmowaniu. Dużo mniej liczna grupa dotrwała do samej matury - to byli ci, którzy naprawdę łaknęli wiedzy. Wszyscy chodziliśmy przecież dobrowolnie...

W tej grupie byłam ja:) Uzyskałam tzw. "maturę z religii" - była to matura nieformalna - bez oficjalnego dokumentu, bez egzaminów. Niemniej tak się to wtedy potocznie określało:)

A łatwo nie było. W ostatnich klasach liceum program był naprawdę rozbudowany - mieliśmy dogmatykę, teologię moralną, historię Kościoła. "Lekcje" trwały długo - często towarzyszyły im zażarte dyskusje z księdzem, nikt nie chciał iść do domu - a nasz ksiądz Kazimierz dzielnie stawiał nam czoła:)

Przypomnę Czytelnikom - chodziłam do najlepszego wówczas liceum na Żoliborzu (tego samego, co Bracia Kaczyńscy:)) I to my głównie, z naszego liceum, dotrwaliśmy do matury z religii.

Chodziły tam ( w większości) dzieci owej "inteligencji żoliborskiej":)

Tak czy owak - była tam młodzież, którą coś łączyło - w  większości domów rodzinnych znajdowały się ogromne biblioteki, a w nich mnóstwo starych ksiąg - również dzieła wielkich filozofów, myślicieli, tytanów intelektu. Często również te z kościelnego indeksu ksiąg zakazanych:) I te książki się czytało - a w rodzinach dyskutowało.

Młodzież była przyzwyczajona i wdrożona do dyskusji.

Jakie to były inne czasy, inny świat...

Eh... łza się w oku kręci. To były prawdziwe dyskusje. Uczciwe. Trudne. Poszukiwanie prawdy. Bez sztuczek erystycznych, bez uników, lawirowania, kręcenia, zmiany tematu, bez ad personam.

Nie dawało się nas zbyć prostymi metodami:

- Nie garb się!

- Jak możesz w ogóle zadawać takie pytania????!!!!

- Na głupie pytania nie będę odpowiadał!

Nasz biedny ksiądz Kazimierz nie miał z nami lekko:)

..................................................

Czasy laicyzacji PRL-owskiej. Czasy Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czasy Vaticanum Secundum.

Myślę, że Kuria bardzo świadomie oddelegowała akurat naszego księdza Kazimierza na trudny odcinek żoliborski,  do naszej parafii:) To my mieliśmy być w końcu tą inteligencją katolicką w trudnych czasach PRLu. Ksiądz od religii dla żoliborskiej młodzieży musiał być przygotowany na duże wyzwania intelektualnie (i nie tylko) - no i był.

Poza tym lubił nas i miał do nas anielską cierpliwość. A niech tam - powiem patetycznie - kochał młodzież.

My też lubiliśmy księdza Kazimierza - co nie znaczy, że go oszczędzaliśmy:) Czasami było mi go naprawdę żal.

Zdarzało się - ksiądz kapitulował. Na to pytanie nie ma odpowiedzi.

Ale nam też nie chodziło o dokuczanie księdzu - celem było szukanie prawdy.

..................................................................

Moje lata szkolne - czasy przedsoborowe - w trakcie Soboru Watykańsiego II - zaraz po...Wtedy w wielu punktach Kościół nauczał inaczej niż dziś - zmiany nastąpiły o wiele później...

1. Ludzie/dzieci bez chrztu nie dostąpią zbawienia;

2. Samobójstwo - grzech śmiertelny nieodpuszczony - jak wyżej; samobójcy przez wieki nie mogli być chowani po katolicku,  nie mogli spocząć w poświęconej ziemi;

3. Innowiercy nie dostąpią zbawienia;

Chodziłam na Mszę Św. trydencką - do dziś pamiętam Mszę po łacinie. Mieliśmy modlitewniki z Mszą łacińską - i tłumaczeniem liturgii na polski. Tylko kazanie (z ambony) było po polsku.

Dziś trudno w to uwierzyć - ale temat dzieci nienarodzonych/poczętych w ogóle się nie pojawiał. Przez 12 lat nauki religii nie było o nich nawet wzmianki.

W tym miejsu wyjaśnienie - Kolego @Eri - stąd moje (być może naiwne) pytanie - czy grzech pierworodny mają  dzieci już w łonie matki - czy dopiero po urodzeniu?

To pytanie zrodziło się po przeczytaniu zupełnie nowej dla mnie tezy "TYLKO dzieci nienarodzone są niewinne" - ergo, te narodzone już są winne.

A że nie sprawdzam w internecie, co Kościół głosi w roku 2026?

:)

No cóż - opieram się na solidnej wiedzy religijnej, którą zdobyłam w dzieciństwie, w młodości. Wiele mam wykute na blacche - dodziś mogę recytować z pamięci.

"Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie bedzie umiał" - i odwrotnie.

A o grzechu pierworodnym u dzieci poczętych jakoś nikt mnie nie nauczył:)

Nie jest moją winą, że taki temat wówczas nie istniał.

Istotnie nie mam zwyczaju sprawdzać co kilka lat, co tam znowu Kościół zmienił.

Jednak o pewnych zmianach wiem (nie o wszystich naturalnie).

Wiem, że Kościół nie skazuje już samobójców na potępienie - sama byłam na pogrzebach katolickich dwóch samobójców. Jeden z nich - człowiek bardzo, bardzo mi bliski - po latach męki wewnętrznej i cierpienia wyskoczył z dwunastego piętra (po kilku nieudanych próbach samobójczych).

...........................................................

Jedna z gorących dyskusji na/po lekcji religii, która na zawsze pozostała mi w pamięci. Temat, który wówczas nas - pokolenie bezpośrednio powojenne - rozpalał. Wśród nas było wiele dzieci Powstańców Warszawskich...

Samobójstwo na Gestapo - ludzie konspiracji nosili specjalnie ten cyjanek przy sobie - żeby nikogo nie wydać na torturach. Tak zginęła jedna z nauczycielek mojej śp. Mamy...

Mieliśmy wielki szacunek dla tych ludzi.

A tu - potępienie... samobójstwo... grzech śmiertelny - nieodpuszczony...

Chłopcy zasypywali księdza Kazimierza pytaniami po lekcjach etyki:

- Jeśli chodzi o zabijanie - są wyjątki: w obronie własnej i cudzej, w wojnie sprawiedliwej, kara śmierci (wtedy była jeszcze w Polsce kara śmierci)

- Czy są takie same wyjątki, jeśli chodzi o samobójstwo?

- Jeśli nie ma - to dlaczego? Te samobójstwa na Gestapo to przecież w obronie własnej - i CUDZEJ

Ksiądz (miałam wrażenie, że sercem jest po naszej stronie) odpowiadał niezmiennie:

- Zgodnie z nauką Kościoła jest tylko jeden wyjątek: samobójstwo w obronie cnoty.

Chłopcy skakali księdzu do oczu:

- Jak to? To moralnie cnota ma większą wartość niż ratowanie życia bliźnich????

- Ofiara życia dla wyższego celu jest grzechem śmiertelnym?

- Nie mogę wam oficjalnie udzielić innej odpowiedzi - takie jest aktualne nauczanie Magisterium Kościoła (wyjątek: obrona cnoty).

- A nieoficjalnie, prywatnie? Co ksiądz uważa????

- Pozwólcie, że nie odpowiem. Moje prywatne zdanie nie ma tu znaczenia.

Mnie różne pytania dręczyły właściwie od początku podstawówki - i paraliżujący lęk, ból.

Nigdy nie zadałam ich w domu (miałam poważne powody, nie na blog) - siostrze na religii też nie.

Dopiero w liceum, z księdzem Kazimierzem... Zaczął się inny czas.

Byłam taka szczęśliwa, że nie muszę sama pytać - że chłopaki w moim imieniu stawiają głośno te pytania... przynajmniej niektóre z nich... A ja mogę nadal milczeć. Nareszcie nie czułam się taka osamotniona ze swoim bólem i lękami.

A historia Kościoła - o, tu to dopiero pojawiały się pytania:)

Różni papieże, schizmy, herezje, wyprawy krzyżowe, sobory, synody, Reformacja, Kontrreformacja.... Chyba cały rok przerabialiśmy historię Kościoła.

No i Sobór Watykański II. Przypomnę - na Soborze pracowała też m.in. komisja d/s antykoncepcji - świeżo pojawiła się pigułka antykoncepcyjna - trwała dyskusja nad jej dopuszczalnością (moralną). W komisji oprócz duchownych byli też świeccy - i lekarze katoliccy. Wtedy nie było całkiem pewne, jaka będzie ostateczna decyzja komisji (Soboru). Nawet część kardynałów opowiedziała się za pigułką.

Któż to dziś pamięta?:)

Nas - dorastającą młodzież - temat żywo interesował. I znowu ksiądz Kazimierz nie miał z nami lekko:)

..............................................................

Księdza Kazimierza spotkałam kilka lat po maturze w restauracji w Zakopanem. Po cywilnemu, w towarzystwie pięknej kobiety i drugiej pary. Siedzieli przy stoliku we czwórkę. Na mój widok ksiądz wstał i ukłonił się z uśmiechem - odpowiedziałam tym samym.

A jeszcze po iluś latach zapragnęłam porozmawiać z księdzem - miałam do niego wielkie zaufanie i szacunek - jako do czlowieka. Wiedziałam, że mnie nie zawiedzie.

Nie mieszkałam już na Żoliborzu - pojechałam do św. Stanisława Kostki. Nowy proboszcz powiedział, że nie ma tu takiego księdza - i że nic o tej osobie nie wie. Poradził mi, żebym zapytała w Kurii. Zapytałam - odpowiedź brzmiała - nie ma księdza o takim imieniu i nazwisku, również w parafii św. Stanisława Kostki.

No cóż.

.............................................................

Może później dopiszę jeszcze coś ważnego (dla mnie) - a może i nie...

Tekst jest i tak bardzo długi.

A podobno Czytelnicy czytają i tak tylko tytuły:)

A co do wątpliwości, pytań, poszukiwań...

Przeczytałam tu na portalu "ja nigdy nie miałam wątpliwości, jeśli chodzi o wiarę".

I natychmiast skojarzenie - moja pierwsza praca w Wydawnictwie PIW. Pracowałam jako praktykantka w Sekretariacie Wydawnictwa. To był spory dział. Moim zadaniem była rejestracja, segregowanie i opisywanie książek, nadchodzących z zagranicy (propozycje do wydania przez PIW), recenzji, tłumaczeń itp. Robiłam takie małe metryczki z danymi książki, przydzielałam książki do poszczególnych Redacji, recenzje numerowałam, spisywałam, rozkładałam do segregatorów.

Ot - nudna robota biurowa.

Ale książki i recenzje kusiły mnie bardzo, kochałam książki - zaglądałam i podczytywałam:)

Nasza szefowa, która miała nadzór nade mną (stażystką) podsumowała mnie kiedyś za moją nierzetelność i sprzeniewierzanie się obowiązkom. Z oburzeniem - i dumą.

- Ja tu pracuję prawie 30 lat - i nigdy do żadnej książki ani recenzji nie zajrzałam!
............................................

Cóż - Kolega @Eri zna odpowiedzi na wszelkie pytania (w razie czego są w internecie) - nie jest ignorantam jak ja, nie ma wątpliwości, nie jest pogubiony. Tylko pozazdrościć i pogratulować!

:)


Lubię ludzi - wierzących, ateistów, prawicę, lewicę i centrum, Niemców, Rosjan i Żydów.Nie lubię, gdy ludzie gardzą ludźmi. Marzy mi się tygodnik "Polityka inaczej".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (26)

Inne tematy w dziale Rozmaitości