Z głową
Każdy wie tyle, ile wiedzieć chce. Szczególnie w polityce.
6 obserwujących
20 notek
31k odsłon
  1284   0

PPP

Irena Lasota w jednym z ostatnich felietonów w Plusie Minusie wezwała mnie do tablicy w sprawie potrzeby  utworzenia nowego Porozumienia Ponad Podziałami. 

Trzeba tu przypomnieć, że tamto PPP, które inicjowałem w 1989 roku powstało tuż po wyborze Jaruzelskiego na Prezydenta RP.  Powołaliśmy je, gdyż - niezależnie od różnic poglądów i dróg życiowych - czuliśmy, że granica historycznego kompromisu została przekroczona. Wśród kilkudziesięciu uczestników Porozumienia Ponad Podziałami byli m.in. Gustaw Herling-Grudziński i Jan Olszewski, Stefan Niesiołowski i Wojciech Włodarczyk, Zofia i Zbigniew Romaszewscy,  Jan Parys i Krzysztof Piesiewicz, Barbara Stanosz i Roman Zimand, Marek Zieliński i Paweł Szapiro, Tomasz Wardyński i Jan Waszkiewicz. Nie sposób wymienić tu wszystkich. Tworzyliśmy klub polityczny, środowisko intelektualne. To w naszym kręgu powstał m.in. radykalny projekt reformy administracji publicznej zatytułowany Silne Państwo-Minimum. Adresatem naszego projektu była Kancelaria Prezydenta Wałęsy z Jarosławem Kaczyńskim jako szefem. Niestety gdy skończyliśmy pracę, obok Wałęsy zasiadał już Mieczysław Wachowski. Prezydent rozmawiał ze mną tylko 15 minut o tej wielkiej reformie. Na tym się skończyło.

Dziś żyjemy nadal w słabym Państwie-Maksimum. Widzi to, choć też nie w pełni, obóz rządzący.  Opozycja uważa inaczej: było z grubsza cacy, a teraz jest be, bo nie my rządzimy. Cóż, sam niezmiennie sądzę, że nasza marna administracja chce decydować o coraz większej liczbie spraw, a nie potrafi zadbać o interes publiczny. Marne sądy nie chronią nas przed samowolą władzy i naciskom pieniądza. Marne siły zbrojne, nawykłe do marnotrawstwa i braku konkurencji, wciąż bronią się przed dyscypliną finansową i osiąganiem na czas wyznaczonych celów.

To są konstatacje, które powinny nas łączyć. Tymczasem dzielą. Dlatego potrzebne jest porozumienie polskich państwowców, ale pisane z małych liter. Trudność pokonania podziałów na polskich Tutsi i polskich Hutu, zasadza się na tym, że wszystkim puściły już hamulce. To niebezpieczne. Tym bardziej, że nasz świat stał się znacznie bardziej niepewny niż wtedy, gdy głosami dawnej opozycji Jaruzelski  został wybrany na prezydenta. Jako konserwatywny liberał wolę definicje negatywne - czego nie wolno robić niż pozytywne - co należałoby. Myślę, że tych zakazów, które pozwalają utrzymać pion państwowca nie jest tak wiele. Ale są zasadnicze.

Po pierwsze -  nie wolno nazywać dyktaturą czy "demokraturą"  demokratycznego wyboru nawet, gdy skrajnie nam nie odpowiada. Po drugie - nie wolno odwoływać się do sił zewnętrznych i wciągać je do naszych sporów. ( Ostatnio abp Gądecki słusznie przywołał tu tradycję, która zaowocowała podległością i zaborami. ) Po trzecie - nie wolno zaprzeczać faktom i liczbom, gdy są politycznie niewygodne: bo to nie nasz wzrost gospodarczy, nie nasz brak deficytu budżetowego, nie nasze wzmocnienie bezpieczeństwa państwa. Po czwarte - nie wolno krzyczeć o braku wolności tam, gdzie swobodnie z niej korzystamy. Po piąte - nie wolno szerzyć naiwnej wiary, że ktoś zadba o naszą rację stanu lepiej niż nasz rząd, jakby nam się nie podobał. 

Jakie to proste i jakie to trudne.


Czesław Bielecki

Lubię to! Skomentuj29 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka