Spływając Krutynią, malowniczą, krętą trasą poprzetykaną paciorkami jezior i kaszubskimi legendami, Melchior Wańkowicz uznał, że za wyniki plebiscytu z 1920 roku, w którym mieszkańcy Mazur opowiedzieli się po stronie Niemców, wyrzekając się swej polskości, odpowiedzialny jest diabeł Smętek, złośliwie trapiący tamtejszych ludzi, mącący im rozum i dręczący serca. Spływając kajakiem "Kuwaka II" po pienistych nurtach polskiej infosfery, przetykanych malowniczymi blogami i artykułami gazetowymi, człowiek nieuchronnie trafia na Katarynę.
Może warmiński diabeł, z natury rzeczy nieśmiertelny, a i ewidentnie skłonny do zaburzania polskiego życia publicznego, dostosował się do XXI wieku, przeniósł z anachronicznych trzcinowisk i czaplich gniazd do internetu, pod damsko - ludzką postacią Kataryny, czyli Katarzyny S.? Czemuż nie? Ostatecznie, Kopernik też była kobietą...
Plucie do kanwi z mlekiem, chowanie wideł w stogu siana czy kwaszenie kartoflanki szykowanej przez chłopskie żony dla zajętych sianokosami mężów może dawała Smętkowi satysfakcję, ale była działalnością lokalną i dla ludzkości nieistotną. Odkrycie propagandy i polityki dało Smętkowi w pazurzaste łapy coś w rodzaju bomby atomowej: zmanipulował plebiscyt, potem była wojna dyplomatyczna o "korytarz", a potem rok 1939. Można więc powiedzieć, że II wojna światowa wybuchła przez Smętka. Niemniej reszta świata nic o nim nie wiedziała, póki Wańkowicz nie opisał jego plebiscytowych knowań. O Katarynie też nikt by nic nie wiedział, gdyby nie zaczęły o niej pisać gazety, mówić politycy, gdyby nie zaczęła udzielać wywiadów. Niezauważalnie dla samej siebie, wywędrowała z bezludnych sitowisk i czaplich gniazd do miasta, gdzie stała się taką samą postacią publiczną, jak Smętek w 1920 roku. I "Dziennik" ją ujawnił, na takiej samej zasadzie, jak Wańkowicz ujawnił światu Smętka w 1936 roku. Tym się właśnie różni prywata sikania do świeżo udojonego mleka od oratorskich wysiłków trybuna nakłaniającego lud do powzięcia opinii, przekonań czy podjęcia działań.
To Smętkowy sukces. Ale mityczna historia o pucybucie, który został milionerem, ma swoją mroczną stronę: pucybut nie musi się martwić o włąsne bezpieczeństwo czy intencje ludzi, którzy się do niego uśmiechają. Polska blogosfera długo narzekała, że się z nią nikt nie liczy, nikt nie słucha i nikt nie uwzględnia. Casus Kataryny świadczy najlepiej, że tak nie jest. Zaczynasz od wiejskiej chałupy i mazurskich bezdroży, za cały swój kapitał mając spryt, talent pisarski i inteligencję, a możesz trafić do pałaców, gdzie włodarze cytują ciebie i rozważają, co powiesz. Ale kiedy przekroczysz granicę między bezdrożami a miejskim rynkiem, oczekuj tego samego, co spotyka innych celebrytów. Będą pisać nie to, co ty chcesz, lecz to, co ciekawi czytelnikow. Potraktują cię jak Dodę, której wtykają aparat fotograficzny pod spódnicę. Tak już jest urządzony świat, że za posiadane bogactwo płaci się czasem bardzo ciężką monetą, i że sławy nie nabywa się bezkarnie; ale skoro ludzie dążą i do pieniędzy, i do sławy, to niechybnie uznają, że cena jest warta zapłacenia.
Jak byłoby pięknie, mieć immunitet od prawa grawitacji... wychłostać morze, zadając mu karę za zatopienie statku; spuścić klątwę na słońce za przekształcenie ogrodu w pustynię, na księżyc, że za jasno świeci i przeszkadza spać... i żeby to było skuteczne... To podobnie dziecinne i niemądre marzenie, jak chęć gry na scenie publicznej, ale z zachowaniem immunitetu, jakim cieszą się osoby prywatne.
Sprawdzą ile zarabiasz, Kataryno. Skąd pochodzą pieniądze twojej fundacji. Opublikują rozmiar twego obuwia i co jadasz na śniadanie. Publika chce twoich fotek, to będziesz fotografowana. Ocenią moralność. Zapewne teraz smętkujesz, czytając o sobie to, czego nie chciałabyś czytać. Ale to miara twego sukcesu. Masz w garści nowy zawód zdobyty własną pracą i resztę życia przed sobą, w którym możesz być nie tylko prezesem fundacji. Celebryci dobrze zarabiają, myślę, że "Dziennik" szczerze napisał, że chętnie by cię zatrudnili, zapewne, za niezłe wynagrodzenie.
A co do obrońców? Nie wierz im... Wypisują hymny na twoją cześć, a potem wychodzą do kiosku kupić tabloid... i szukają wiadomości o tobie w internecie. Są identycznie ciekawscy, jak i reszta konsumentów informacji. I są nieszczerzy, nawet, jeśli piszą peany na temat prawa do anonimowości. Myślę, że kiedy to piszą, mają na myśli głównie anonimowość, a raczej immunitet własny... i każdy z nich nosi swojego Smętka w plecaku, marząc o wyjściu z bezludnego sitowia ku miejskiej agorze, twoim śladem... Pamiętam świetnie, jak rozmaici krzykacze wywierali presję na administracji Salonu24, by ujawniła tożsamość nicka Ketman. Spotkało go to samo, co ciebie teraz - był na tyle dobry, by zderzyć się z normalnymi prawami rynku publicznego. Decyzję o wyrzuceniu Ketmana z S24 uważam za irracjonalną, acz przyznam, że tutejsza administracja dosyć długo się opierała... Jeśli zarzucisz blogowanie, byłaby to decyzja równie irracjonalna... Ludzkość, przy swoich wszystkich aberracjach, uwielbia plotkować o celebrytach, im kąśliwiej, tym lepiej - ale też nie potrafi bez celebrytów żyć. Dasz sobie radę. Wiele celebrytów przed tobą jakoś sobie poradziło... Pisz dalej. Powodzenia.
BT



Komentarze
Pokaż komentarze (34)