Hu! Hu! Ha! Prywatyzacja zła!
Jednym ze skutecznych sposobów prowadzenia kampanii wyborczych jest straszenie wyborców. Poprzednie kampanie wyborcze; ta prezydencka i parlamentarna charakteryzowała się strachami w postaci; kaczek-faszystów; które miały wprowadzić w Polsce ustrój co najmniej totalitarny, znikających produktów żywnościowych i zabawek(biedne dzieciaki).
Główny strach tegorocznej kampanii prezydenckiej to prywatyzacja szpitali. Wyborców straszy się tym, że zostanie im odebrano konstytucyjne prawo równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych, z którym to rzekomo miałaby wiązać się prywatyzacja szpitali. Tymczasem każdy, posiadający zdolność rozumowania czytanego tekstu w stopniu podstawowym może stwierdzić, że art. 68. konstytucji nie rozróżnia czy owe świadczenia, mają być świadczone(przepraszam za te masło-maślanane, ale jest to zabieg świadomy) przez podmiot publiczny, czy prywatny. Konstytucja nie mówi nam także o tym, jaki zakres ma obejmować owy równy dostęp do tych świadczeń finansowanych z owych środków publicznych. A więc, czy tzw. „darmowa” opieka zdrowotna dotyczyć ma zarówno leczenie złamanej ręki, czy też usuwanie bolącego zęba.
Wróćmy jednak do rzeczywistości, i spójrzmy na jakość gwarantowanej nam przez państwo tzw. „bezpłatnej” opieki zdrowotnej. Każdy chyba zgodzi się ze mną, kiedy powiem, że jest ona świadczona w stopniu co najmniej niezadowalającym. Nie muszę się zbytnio wysilać; każdy przynajmniej raz do roku musi pójść do lekarza, każdy ma w rodzinie osobę, która nie cieszy się końskim zdrowiem i która jest zmuszona odwiedzać lekarzy i szpitale znacznie częściej niż przeciętny obywatel. Nie ma chyba zarazem takiej właśnie osoby, która na ową „państwową opiekę zdrowotną” by nie narzekała; limity, kolejki, łapówki, brak miejsc w szpitalach… itd.
TO JEST WŁAŚNIE RZECZYWISTOŚĆ FUNKCJONOWANIA TZW. „BEZPŁATNEJ” PAŃSTWOWEJ OPIEKI ZDROWOTNEJ!
Nie ma innej ewentualności funkcjonowania tego systemu w Polsce.
Ktoś zatem powie, że na zdrowiu nie należy zarabiać, że opieka zdrowotna powinna być BEZPŁATNA. Każdy z nas, pracujących płaci rocznie z podatków(składki także są podatkami, tylko pośrednimi) kilkaset złotych na tzw. „bezpłatną” opiekę zdrowotną. I te kilkaset złotych dotyczy wynagrodzenia plasującego się znacznie poniżej średniej krajowej (czyli ludzi dostających ok. 1000zł – 2000 zł na ręke).
Pytam się więc, jak można mówić w tym przypadku, że coś jest nam dane za darmo?!
Bo tak należy rozumować owy przymiotnik „bezpłatny”. Pominę już fakt, że za pieniądze zabierane mi przez państwo na finansowanie „bezpłatnej” opieki zdrowotnej, mógłbym sobie wykupić dobrą polisę zdrowotną, obejmującą świadczenia znacznie większe niż te „zagwarantowane” mi przez państwo.
Problem leży w tym, w jaki sposób te pieniądze są przez państwo rozdysponowywane i wydawane. W obecnym systemie pieniądze z góry rozdzielane są na poszczególne placówki opieki zdrowotnej, stąd też limity na leczenie, i niegospodarne zarządzanie owymi funduszami przez dyrektorów szpitali. Zanim jednak pieniądze z kieszeni podatnika trafią do danej placówki medycznej, znaczny ich procent ginie w biurokratycznej otchłani rzeszy urzędników, którzy „obsługują” owy system.
Co jest zatem konieczne, aby owy stan zmienić? Potrzebna jest śmiała i gruntowna reforma służby zdrowia, związana z urynkowieniem tego sektora publicznego. Co więcej państwo w dalszym ciągu może być gwarantem – użyjmy już tego słowa – bezpłatnej, opieki zdrowotnej. Podmioty, które jednak świadczą ową opiekę zdrowotną powinny rywalizować na wolnym, konkurencyjnym rynku. Będą oni wtedy rywalizować miedzy sobą o względy pacjenta, za którym – a raczej z którym – będą iść pieniądze z budżetu państwa. Oczywiście państwo, musi wtedy jasno określić, jakie świadczenia finansowane są z budżetu, za co pacjent musi dopłacić, a za co musi zapłacić wyłącznie z własnej kieszeni.
Jest to system określony już dawno jako pomysł „bonu zdrowotnego” którego jednym z głosicieli był Milion Friedman. System ten gwarantuje odbiurokratyzowanie sektora zdrowotnego – a co za tym idzie zmiejszenie wydatków ja jego obsługę, wprowadzenie konkurencji wśród świadczących usługi lekarzy i szpitali; którzy będą musieli rywalizować o pacjenta, starać się o jego względy, nie jak ma to miejsce dzisiaj; kiedy to pacjent musi wielokrotnie walczyć o względy lekarzy za pomocą łapówek, „upominków” i innch aktów wdzięczności. Podmoty świadczące usługi zdrowotne, działające na konkurencyjnym rynku, będą musiały także dobrze gospodarować swoimi pieniędzmi, gdyż nie będą one wtedy już niczyje – czyli publiczne, będą własnością danej palcówki.
KONIECZNA REFORMA SŁUŻBY ZDROWIA WIĄŻE SIĘ WIĘC Z URYNKOWIENIEM TEGO SEKTORA PUBLICZNEGO, WPROWADZENIEM KONKURENCJI WŚRÓD ŚWIADCZENIODAWCÓW.
Nie ma innego rozwiązania. Wypompowywanie kolejnych pieniędzy w obecny system nie jest reformą, ani też rozwiązaniem obecnej, złej sytuacji. Ten, który uważa, że kolejne pieniądze wyciągnięte z kieszeni podatnika uzdrowią polską sytuację, jest w błędzie! Zaginą one w otchłani biurokratycznej machiny obsługującej dany system.
ABY WIĘC UZDROWIĆ POLSKĄ SŁUŻBĘ ZDROWIA POTRZEBA JEST REFORMA SYSTEMOWA.
Tymczasem politycy wolą straszyć swojego wyborcę – podatnika, niż uświadamiać go, co kryje się pod hasłem „prywatyzacji” służby zdrowia. Wiadomo, świadomy obywatel to niebezpieczny obywatel – który może wkrótce upomnieć się o swoje pieniądze, i o wolności które wraz z przymusem płacenia wysokich podatków, zabiera mu państwo.
Oni więc, wolą nas straszyć. Hu! hu! ha! Prywatyzacja zła!





Komentarze
Pokaż komentarze (1)