Namordnik to powszechna nazwa osłony części twarzy do której stosowania jesteśmy zobligowani przez rząd.
Patrząc na wiele twarzy bez zająknienia wygłaszające totalne głupoty - określenie NAMORDNIK jest w pełni uzasadnione.
Czy jednak stosowanie tych osłon jest konieczne i czy faktycznie może przyczynić się do ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa?
Przyjmując za prawdziwe, że jednak jest to ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa - zwłaszcza w przypadku osób zakażonych, które kaszlą, kichają itd., wprowadzenie nakazu wydaje się rozsądne. Tyle, że te osoby z założenia mają być albo w szpitalu, albo na kwarantannie.
Czyli sprawa dotyczy tzw. przypadków bezobjawowych. Niech będzie.
Problemem jest natomiast stosowanie namordnika "w przestrzeni publicznej". Co oznacza taka przestrzeń i czy można ją zdefiniować. Określenia użyte w rozporządzeniu (patrz notka na S24), są nieprecyzyjne, a niekiedy bezsensowne. Przestrzeń publiczna ma być w lesie, w wyznaczonym miejscu odpoczynku. Czy można wymyślić większą głupotę?
Idziemy przez las, dochodzimy do miejsca odpoczynku i musimy założyć maseczkę. Wszystkie zające się będą śmiały. Pytanie : z kogo? Premiera, który się pod tym podpisał, czy stosującego zalecenie?
Zdrowy rozsądek mówi, że sensowne jest traktowanie przestrzeni publicznej jako terenu, gdzie występują też inne osoby, gdyż właśnie towarzystwo innych powoduje to, że przestrzeń staje się publiczna.
Bez publiczności - są to tereny prywatne, czasowo zawłaszczone naszą obecnością.
Czyli - "na zdrowy rozum" maseczki należy stosować w obecności innych, gdy zaistnieje możliwość zbliżenia się na odległość mniejszą niż te przepisowe 2 m.
No cóż, ale to moje zdanie, a ja nie jestem "z rządu".
Można sądzić, że przepisy mają służyć policji, która będzie po swojemu interpretowała te kwestie, aby dowolnie karać pospólstwo.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)