Zwykle w okolicach Wielkiej Nocy czynię sobie "rachunek sumienia" na temat mojego stanu przemyśleń z tematem związanych.
Pytania jakie sobie stawiam, wątpliwości, co do oficjalnej narracji , ale też refleksji tyczących źródeł niektórych zwyczajów.
Nie są to spójne we wszystkich aspektach uwagi, a często tylko wynikające z obserwacji.
Tym razem pierwsza refleksja, że Święta Wielkanocne są usytuowane kalendarzowo w sposób dla nas nienaturalny; są ruchome i oparte o kalendarz księżycowy. Są zatem wtrętem obcej nam kultury.
Owszem, tradycją słowiańską było w tym czasie obchodzenie jednego z najważniejszych świąt "kardynalnych", czyli sytuowanych na początku poszczególnych pór roku. Waga tego święta była podkreślana tym, że większość normalnych cywilizacji obchodziła początek Nowego Roku w dniu wiosennego zrównania dnia z nocą (jedynie Żydzi mają "w poprzek" i u nich Nowy Rok zaczyna się jesienią). Naturalność takiego usytuowania Nowego roku jest oczywista - to czas rodzenia się przyrody do nowego życia - wszystko, co nowe trzeba 'poświęcić", odnowić, nadać nową formę. (Nie mam zamiaru rozwijać tematu - zapewne można dużo więcej na ten temat napisać).
Odnośnie religijnego ujęcia - sprawy są bardziej kontrowersyjne. Budzi bowiem mój niepokój, czy zastrzeżenia, narzucana narracja Kościoła Katolickiego, która, znowu - moim zdaniem, coraz bardziej odbiega od przesłania wynikającego z nauczania Chrystusa.
Sam fakt usytuowania Święta Zmartwychwstania Pańskiego w tym samym czasie co żydowskiej Paschy jest wyjaśnieniem zastosowania tu żydowskiego kalendarza księżycowego. Tyle, że niesie przesłanie inne niż to przekazywane wiernym KK. Wskazuje bowiem, że przesłanie Chrystusa nie ma charakteru uniwersalnego, a jest skierowane jedynie do narodu żydowskiego. To spostrzeżenie ma też umocowanie w zapisach Ewangelii.
Pascha jest wśród Żydów świętem związanym z ucieczką z Egiptu, co uznawane jest jako akt założycielski Izraela. Tyle, że jest to pamiątka "mordu założycielskiego", gdyż przecież w noc poprzedzającą ucieczkę dokonano mordu na pierworodnych dzieciach egipskich. Można sądzić, że celem było powstrzymanie pościgu na czas koniecznej żałoby po zmarłych.
Chrystusowi jako Barankowi Bożemu przypisuje się rolę ofiary zastępczej za tamten czyn.
Co nam do tych spraw wewnętrznie - żydowskich? Jaki miałby być nasz udział w tym procesie? A kolejne pytanie - czy Żydzi tę interpretację akceptują?
Czy ludzie akceptujący naukę Chrystusa - Dobrą Nowinę (dla Żydów?) jako sposób organizacji współżycia społecznego, są jednocześnie współodpowiedzialnymi za Jego śmierć i powiązaną z tym symbolikę?
To budzi wątpliwości, a KK wcale ich nie wyjaśnia. Przeciwnie. Ceremonie związane pamięcią o śmierci i zmartwychwstaniu coraz bardziej koncentrowane są na fizycznych aspektach tego wydarzenia - męce i haniebnej śmierci, co często wykorzystywane jest do gloryfikacji cierpienia. A przecież swoistym oksymoronem jest twierdzenie, że Dobra Nowina polega na tym, że ludzie mają cierpieć. Toż to mentalność masochistyczna.
Czy zatem Chrystus oddał swe życie za nasze grzechy? No, chyba, żeby to interpretować, iż cierpienie jest nagrodą. Inaczej brak spójności myślenia; czy droga zbawienia jest (musi być) drogą cierpienia?
Odrębnym spojrzeniem byłoby, że ofiara Chrystusa jest zadośćuczynieniem za "mord założycielski" Izraela, za co nałożono na Żydów kaganiec Prawa im stosownego. W takim przypadku poświęcenie ma sens, gdyż przywraca Żydów do grona normalnych ludzi, którzy nie są niewolnikami Prawa (żydowskiego).
Czy naszym obowiązkiem jest kultywowanie pamięci o tych zdarzeniach i to w taki sposób? A może wrócić do naturalnego oddawania chwały Stwórcy w świętowaniu wiosennej odnowy życia?



Komentarze
Pokaż komentarze (9)