Trzeba było wielkiej odwagi i prorockiego ducha Wyszyńskiego, aby zdecydować się na taki ryzykowny gest jak list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r., w którym polscy hierarchowie napisali: „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Ale trzeba też było ogromnego autorytetu Kościoła w Polsce i osobiście Prymasa Tysiąclecia, żeby coś tak spektakularnego przeprowadzić. Było to zaledwie 20 lat po zbrodniach niemieckich w Polsce, których w ten lub inny sposób doświadczyła każda polska rodzina. Apel o przebaczenie dotykał więc każdego Polaka osobiście. Wiedział o tym Gomółka i komunistyczna propaganda z całą mocą zaryczała: Nie przebaczamy i nie prosimy o przebaczenie. Wyszyński chciał podnieść naród na szczyt chrześcijaństwa, ale społeczeństwo w całości nie było na to gotowe. Z czasem jednak inicjatywa polskich biskupów wydała bardzo pozytywne owoce, jednym z których było uznanie przez RFN nowych granic – bez wątpienia Wyszyński jako zaprawiony polityk tego się właśnie po swoich działaniach spodziewał. W relacjach polsko-niemieckich nastąpił ogromny przełom, którego pozytywne skutki odczuwamy do dziś.
Przebaczenie to nie jest prosta sprawa. Skrzywdzony musi po pierwsze pogodzić się z faktem, że … został skrzywdzony. Musi przyjąć i przeżyć swoją krzywdę, nazwać ją po imieniu. Przebaczenie między ludźmi rzecz nieprosta i wymaga czasu, a co dopiero między dwoma narodami! Od przebaczenia należy odróżnić pojednanie. Przebaczenie może być jednostronne, natomiast dla pojednania krzywdziciel powinien wyznać swoją winę, prosić o wybaczenie i w miarę możliwości naprawić uczynione zło. Po II Wojnie Światowej krzywdy wyrządzone przez Niemców Polakom były oczywiste i to dla obu stron. W Polsce tak Kościół, jak komuniści upamiętniali ofiary niemieckich zbrodni. Pisano o tym książki, kręcono filmy i dzieci uczyły się w szkole. Także w Niemczech była stosunkowo duża świadomość zbrodni reżimu Hitlera. Alianci organizowali po zajęciu Niemiec proces denazyfikacji. Niektórych zbrodniarzy osądzono, a od lat 60tych samo niemieckie społeczeństwo zaczęło się żywo interesować tym tematem. Rządząca chadecja i socjaldemokracja sama doświadczyła nazistowskich represji. Zupełnie inaczej sprawa się miała ze zbrodnią wołyńską. Podobnie jak z Katyniem był to temat tabu i cenzura starannie śledziła, aby bratnie naród ukraiński nie był w żaden sposób oskarżany o zbrodnie na Polakach. Trochę mówiono o zbrodniach UPA, ale tylko tych, które popełniono na terytorium PRL. Dopiero po upadku komunizmu zbrodnia wołyńska stała się tematem publicznym, a i to z początku przeważał temat Katynia.
Niemcy i Polacy - dwa ukształtowane narody mające głęboką znajomość swoich tradycji i historii. Ich tożsamość kształtowała się nieprzerwanie w ciągu tysiąca lat. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Ukraińcami, którzy dopiero pod koniec XX wieku uzyskali własne, w pełni niezawisłe państwo. 1000 lat temu była Ruś Kijowska do której odwołuje się także Rosja i Białoruś. Potem Wielkie Księstwo Litewskie, które de facto było także księstwem ruskim, ale element ruski nie był w nim tak silnie reprezentowany. Ruska arystokracja polonizowała się, przyjmowała Unię lub rzymski katolicyzm. Niestety elity Rzeczypospolitej nie dały rady stworzyć Rzeczpospolitej Trzech Narodów, gdzie Ukraińcy (i Białorusini) mieliby w pełni obywatelski status. Ziemie Ukrainy to przeszły do Rosji, to do Austrii, to znowu do II Rzeczypospolitej, by potem stać się częścią więzienia narodów ZSRR. Kultura Ukraińska była w dużej mierze kulturą chłopstwa, brakowało elity. Ukraiński język, tożsamość były często tłamszone jak choćby w II połowie XIX wieku, kiedy carskie władze chciały przekształcić Ukrainę w Małorosję, starając się systematycznie wyeliminować ukraiński język, literaturę, świadomość narodową. W ZSRR Ukraińcy byli jednym z najbardziej gnębionych nacji – wystarczy wspomnieć miliony ofiar gołodomoru. W czasie wojny i po niej rosyjskie łagry były wypełnione upowcami, czy też po prostu tymi Ukraińcami, którzy sprzeciwiali się sowietyzacji (zlikwidowano Kościół Grekokatolicki).
Ukraińcy dopiero teraz budują po omacku swoją tożsamość, często-gęsto na ślepo wybierając symbole i bohaterów. Tak naprawdę to dopiero agresja Putina stała się wielkim, realnym narodotwórczym i państwotwórczym mitem Ukrainy. Sztuczne budowanie tożsamości narodowej i państwowej mogłem na własne oczy obserwować na terenie postradzieckiej Azji Centralnej, gdzie nigdy wcześniej nie istniały takie państwa jak Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan czy Tadżykistan – stworzone woluntarystyczną decyzją komunistów. Nie istniały też takie narody w europejskim rozumieniu tego terminu. Po upadku komunizmu Uzbecy wybrali sobie za bohatera Tamerlana – jednego z najbardziej okrutnych władców w historii ludzkości, przemilczając oczywiście budowane przez niego piramidy z ludzkich głów. W Kirgistanie w tym samym czasie budowano pomniki wodzów, z których jedni walczyli z Rosjanami, a drudzy … na rozkaz Rosjan ich pacyfikowali. Oceniając działania i zachowania Ukraińców warto mieć na uwadze inny etap rozwoju historycznego niż ten, na którym znajduje się Polska.
W żądaniu, aby ktoś wyznał swoje winy i prosił o przebaczenie, trzeba być realistą: to się nie dzieje na zawołanie, dlatego, że ja bym tego chciał. Popatrzmy ile kontrowersji budzi do dzisiaj Jedwabne, choć to był tylko jeden z mnóstwa pogromów Żydów organizowanych przez hitlerowców po zdobyciu Europy Wschodniej. I przypomnę: polscy biskupi z ukraińskimi, grekokatolickimi już to pojednanie robili w 2005 i 2013 roku. I co? I nic. Typowy falstart, jakieś pogaduszki kościelnych elit. Miała to być powtórka akcji z Niemcami, ale nie wypaliła. Że nie dotarła do mas, to widzimy właśnie teraz, kiedy tyle emocji rozgorzało wokół Wołynia i UPA. Dlaczego? Pewnie polska i ukraińska hierarchia nie ma teraz takiego autorytetu i mocy sprawczej jak w latach 60tych. Zabrakło przełożenia na masy, czyli przeżycia i wypowiedzenia traumy przez naród oraz przyjęcia odpowiedzialności za czyny przodków. Do tego Ukraina toczy teraz wojnę o przetrwanie i mogę zrozumieć, że inne teraz sprawy mają na głowie niż komisje historyczne i ekshumacje. Oczywiście trzeba będzie na nich naciskać i tego się domagać, ale trzeba też cierpliwości, rozsądku i poczucia priorytetów. Rzucić się na ziemię, płakać oraz walić nóżkami i rączkami – pięknie, ale czy przyniesie oczekiwany rezultat? Czy naprawdę można w ten sposób wymusić na Ukraińcach bicie się w piersi? Żądając czegoś od partnera lub oponenta trzeba realistycznie oceniać jego możliwości w danym momencie. Zełenski też ma swoje uwarunkowania polityczne, choćby takie, że najbardziej bojowymi żołnierzami są kibole, więźniowie i … nacjonaliści. Tym, którzy by chcieli widzieć Ukraińców korzących się worze i popiele zapytam się, czy są gotowi sami w ten sposób pokutować za nasze polskie grzeszki?
Polityka to sprawa bardzo praktyczna i realistyczna do bólu. Ukraińcy są obecnie na fali (właśnie spalili do cna dwa gigantyczne magazyny Wildberries – rosyjskiego Amazona) i Europa Zachodnia, z Niemcami na czele, czapkuje im, a jeszcze kilka lat temu nimi gardzili. A gdzie Polska, Polska która od początku Ukrainę wspierała i ratowała? A no nigdzie. Zeszliśmy na boczny tor. W całym zamieszaniu wokół Ukrainy, które jest przetasowaniem stosunków międzynarodowych w Europie, jesteśmy nieobecni. A gdzie idea jagiellońska? Gdzie są politycy, którzy pracują na rzecz stworzenia sojuszu narodów Europy Wschodniej? Piłsudzkiemu się nie udało, bo sytuacja geopolityczna nie była sprzyjająca, a teraz na odwrót: Imperium jest zagrożeniem, które jednoczy wszystkich od Bałtyku do Morza Czarnego, a my poświęcimy geopolitykę na ołtarzu polityki historycznej, a nawet historycznej histerii? Tak naciskajmy Ukraińców w sprawie UPA i Wołynia, ale umiejmy to połączyć z budowaniem silnej pozycji Polski w regionie. Jasno zaznaczajmy swoją pozycję moralną, swoje stanowisko w sprawie rzezi wołyńskiej, ale zarazem walczmy o miejsce przy stole, gdzie będą zapadać decyzje. Stawiajmy warunki Ukraińcom, ale ich nie poniżajmy, szczególnie, że zdecydowana ich większość UPA nie sympatyzuje.
Pamiętajmy, że Wołyń niezbyt jest ważny dla pozostałych państw w Europie i istnieje niebezpieczeństwo, że strzelamy sobie w stopę i walimy z wielkim zaangażowaniem samobója. Sceptycznie osądzam skuteczność obrzucenia się medalami. Pamiętajmy, że Zełenski też jest prezydentem jak Nawrocki i swój honor ma, a kto oddaje i zabiera ten się w piekle poniewiera. I tenże Zełenski wykazał się wielkim politycznym wyrachowaniem i samozaparciem po kolizji w Gabinecie Owalnym. Niech nasi politycy uczą się od niego. Obyśmy ze względu na nasze ulubione machanie szabelką nie stracili szansy siedzieć przy stole, przy którym będą zapadały decyzje o naszej części świata.
Ukraińcy dbają swój interes? A o czyj mieliby dbać? O eskimoski? To lewica narzuca narrację, że celem polityki jest dobrobyt i szczęście całej ludzkości. Człowiek o realistycznych zapatrywaniach rozumie, że polityka międzynarodowa to sposób szukania kompromisu między narodowymi egoizmami. Bądźmy także realistami i wyciągajmy ze sprawy to, co teraz można z niej wyciągnąć dla korzyści Polski.
Natomiast naszym braciom Ukraińcom życzę w ich własnym interesie, aby odcinali się od nacjonalistycznej tradycji UPA. Walczycie teraz z raszyzmem, faszystowską ideologią rosyjskiego Imperium. Putinowski system ma dokładnie wszystkie cechy podręcznikowego faszyzmu, a nawet częściowo nazizmu. Jesteście ofiarami faszystowskiej ideologii, po co więc samym budować na niej swoją tożsamość? Czy po to przelewacie krew, aby stać się lustrzanym odbiciem swoich prześladowców? Budowanie własnej tożsamości to długi i ciężki proces, przy którym czasami trzeba również ocenić coś ze swojej przeszłości. Polacy nie jeden raz ten proces przechodzili, ale historia zmusza nas do ciągłego podejmowania go na nowo.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)