Bernard Margueritte w artykule Rachunek sumienia mediów podjął temat gigantycznej manipulacji, obnażonej poprzez materiały pokazane po tragedii smoleńskiej. Dobrze, że ten tekst się ukazał, i dobrze, że Margueritte przywołał w nim także konkrety. I oczywiście dobrze, że to właśnie on nazwał pewne rzeczy po imieniu.
„Jako prezes międzynarodowej organizacji mediów, The International Communications Forum, która w wielu krajach walczy o godność i wiarygodność mediów, chciałbym więc wyrazić przede wszystkim głęboki wstyd za zachowanie się ogromnej części polskich mediów w stosunku do Prezydenta Kaczyńskiego. Czas na zbiorowy rachunek sumienia ludzi mediów”.
Nie czepiam się i nie dopytuję, czy i co znany dziennikarz i międzynarodowa organizacja zrobili w tej sprawie wcześniej. Być może jakieś działania były. Ale skoro nie przyniosły żadnych efektów, ICF pozostaje kolejną organizacją o pięknych celach pozbawioną realnego znaczenia. I na podniesiony po raz kolejny problem nie ma żadnego wpływu. Czyli nie tędy droga. Bo problem był, jest i będzie.
„Marzę o tym, aby dziennikarze, którzy w ogromnej większości są znakomitymi fachowcami, zastanowili się na przyszłość, czy naprawdę należy wykonywać nikczemne czasem polecenia swoich szefów, czy może da się odzyskać utraconą godność? (...) Już widać, że naród się przemienił. Nie można będzie nim manipulować jak dotąd. Młodzi ludzie poczuli, jak ważne są najgłębsze wartości: patriotyzm, szacunek dla godności człowieka, sprawiedliwość społeczna, szacunek dla prawdy. Nie będą już podatni na różne socjotechniczne i PR-owskie techniki ludzi bez wizji”.
Rozumiem, że spora część tekstu ma charakter apelu. Stąd dowartościowanie obu stron: i autorów, i odbiorców przekazu. Rachunek sumienia to sprawa indywidualna, i nie wątpię, że ten i ów go dokonał. Jednak trochę za dużo w tym przesłaniu podmiotów zborowych, marzeń, życzeń, wielkich słów, mówienia za większość i za naród. Pozytywnego zaklinania rzeczywistości.
Zbyt duża (i naciągana) rozbieżność między szatańskimi „szefami” i „znakomitymi fachowcami”. To niewłaściwa diagnoza. Pomijając tych, którzy kłamali i kłamią świadomie, jedną z przyczyn krytykowanego zachowania jest właśnie brak profesjonalizmu. Chodzi nie tylko o to, że ktoś taki jest podatny na polecenia. I że mocniej drży przed zwolnieniem z pracy. Niezależnie od bardziej czy mniej ochoczo wykonywanych zaleceń, a nawet takich czy innych przekonań, lenistwo jest przyjemne. A fachowość wymaga pracy i czasu. Zazwyczaj łączy się też z brakiem odporności na chorobę zwaną myśleniem.
Żeby coś sensownie skomentować lub zadać przytomne pytanie – o zwodowany pusty kadłub korwety za pół miliarda zł, stocznie, projekt ustawy, o cokolwiek – dziennikarz musiałby się przygotować, poczytać, zebrać informacje – najlepiej z kilku źródeł, skonsultować ze specjalistami itp., itd. Znacznie łatwiej i wygodniej jest – całkowicie bez związku z tematem – zapytać przy dowolnej okazji: „A co sądzi pan/pani o ostatniej wypowiedzi posła Niesiołowskiego?” Itp., itd. To nie kosztuje nic. Nie wymaga żadnego wysiłku (o umysłowym nie wspominając), poświęcenia czasu, męczących przygotowań. Nie są do tego konieczne straszne nakazy strasznych szefów. Wystarczy, że to kupują. Ale nie tylko oni. Ta rozkoszna zabawa nie kończy się na mediach. Przecież i ten, kto miałby zrelacjonować założenia ustawy czy cokolwiek innego, wie, o co zostanie zapytany, więc również może sobie oszczędzić trudu zapoznania się z projektem, który i tak trafi następnego dnia do kosza. Te zasady przenikają do rzeczywistości, i wpływają na nią, choć z rzeczywistością nadal nie mają nic wspólnego.
Nie ma podstaw, by sądzić, że szczytny apel skierowany do mediów coś poprawi. Przeciwnie, z tego co widać i słychać, jeśli się coś zmienia, to na gorsze. Wiara, że ten, kto świadomie dokonywał manipulacji i dobrze wiedział po co to robi, zmieni się, gdy go ładnie poprosimy, jest mrzonką.
A co z drugą stroną – „przemienionym” odbiorcą?
Jeden z powracających motywów Rachunku sumienia mediówprzypomina ton wypowiedzi, od jakich zaroiło się podczas żałoby. „Poczuliśmy się też oszukani. Zrozumieliśmy, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd przez dużą część polskiego establishmentu i mediów”.
Wyznanie podobne do jednej z charakterystycznych wówczas salonowych notek – pt. Oszukany iszbina. Autor domagał się m.in. prawa do rzetelnej informacji, niezależnie od własnych poglądów. No i wracamy do fachowości, co wymaga pracy, itd.
Brak tu czegoś jeszcze. Poczucie oszustwa stało się w istocie dość powszechne. Bo wszyscy mogli zobaczyć bez specjalnego wysiłku materiały, które powstały nie „z okazji”, ale dużo wcześniej. Ktoś te zrealizowane filmy, wywiady, nigdy niepublikowane ujęcia zatrzymał i odłożył na półki. Z niewiarygodnie tendencyjną wybiórczością. I pewnie każdy, kto nie chce być poddawany tak represyjnej cenzurze, tak totalnemu kłamstwu, poczuł się oszukany. Oczywiście, pozostali i ci, których nic nie przekona. Absolutnie zdrowi, na wszystko przykładający gotowe etykietki. Ale nie do nich odnosi się wrażenie niedosytu, jakie pozostawiają wyznania oszukanych.
Obojętne, czy ci, którzy nagle poczuli się oszukani, upatrywali winnych w „szefach”, wykonawcach czy jeszcze gdzie indziej. Winnych, bo każde oszustwo jest przestępstwem. Jednak specyficznym. W znacznie większym stopniu niż inne wykroczenia (napad z bronią itp.) wykorzystuje współdziałanie ofiary. Odwołuje się np. do chęci zysku, która zaślepia, prowadząc do całkowitej bezmyślności. (Chcesz zarobić 10 tys.? Już i bez wysiłku? To wpłać teraz 2 tys. Itd., itp.).
W przypadku „zwykłego”, „niezaangażowanego” odbiorcy przekazu medialnego trudno mówić o posługiwaniu się chciwością. Jedynym zyskiem pozostaje więc stan nieskazitelnego zdrowia – słodka, leniwa bezmyślność. Raj. Skarga „oszukali mnie” jest równie jałowa, jak piękne apele. Oszukali, oszukują i będą oszukiwać. Pojękiwanie, że to brzydko, niczego nie zmieni. Zarzut trzeba postawić inaczej. „Dlaczego dałem się oszukać?”. Albo dosadniej: „Dlaczego dałem się oszukać tak łatwo, tak głupio?” Dopiero wtedy, po uświadomieniu sobie współudziału, dokonaniu rozliczenia z własną bezmyślnością, może coś z niego wynikać. Na przyszłość. Nadzieja na zmianę. Nadzieja, a nie mrzonka.
Bowiem ci, dla których katastrofa smoleńska była wstrząsem, nie mogą już zwalać całej winy na kusiciela. Skoro odkryli oszustwo i parę innych rzeczy przy okazji – muszą samodzielnie zdecydować. Mogą powrócić do słodkiego, zdrowego raju bezmyślności, i po jakimś czasie znów zawodzić „och, ach, oszukali mnie! Oni”. Albo – chorować dalej, odrzucając ćwierć-myślenie i ćwierć-odpowiedzialność.
Tu należy im zasygnalizować wiadomość, która ma dwie strony. Zła jest taka, że zdrowie łatwiej ukryć, a zdrowi przeważnie udają chorobę, mówiąc „ja myślę”, „ja uważam”, po czym powtarzają coś tam po kimś tam. Bez ryzyka i konsekwencji. I ogólnie jest przyjemnie. Choroby ukryć się nie da. I to jest ta dobra strona. Nie dlatego, że do okrzyków „wariat”, „oszołom” itp. można szybko przywyknąć. Dlatego, że gdy objawy się nasilają, choroba staje się coraz bardziej zaraźliwa. Gdy populacja chorych rośnie, jest wyraźnie widoczna (choroby ukryć się nie da). I na jej ignorowanie nie pozwolą sobie producenci napojów chłodzących i innych dóbr, które mogą się okazać nie aż tak niezbędne do życia. Usunięcie logo pewnego koncernu po pewnych występach to nie reakcja na apele czy wyraz szlachetności. Po prostu, chorzy są także klientami. Trudniejszymi, bo mają wymagania, ale jeśli zaraza się rozszerza, trzeba je spełniać. I bez próśb, petycji czy przeistoczenia szefów w anioły zaczynają je uwzględniać także producenci papki medialnej.
Być może któryś z dziennikarzy czy „ekspertów z zawodu” raptownie „odzyskał godność”. To pięknie. Gwałtownego wzrostu fachowości u osobników, którzy relacjonując np. powódź i prawdopodobnie sprzyjające jej opady, nie są w stanie odróżnić mililitrów od milimetrów – raczej nie da się zauważyć. Jeśli nastąpi, to jedynie pod naciskiem i będzie procesem długotrwałym. Nie przyspieszy go łomot w cudze piersi.
Można i trzeba domagać się rzetelności i fachowości. Żeby takie żądania miały wartość, trzeba stawiać wymagania także sobie. Bowiem bez wysiłku ze strony wygnańców z raju się nie obejdzie. Na początek najlepiej stosować metodę prostych pytań, zadawanych innym, ale i sobie. Nawet przede wszystkim sobie. Jak dyżurny ruchu Całusek w filmie Pociągi pod specjalnym nadzorem pytać z uporem: „dlaczego?”.
Później można pytania komplikować. Nie unikając kwestionowania tzw. oczywistości. Dlaczego Środa? Albo – dlaczego wtorek (patrz: ewaryst fedorowicz: Taśmy Правды). Stopniowo łamanie w głowie przestanie doskwierać. Podobnie jak przejmowanie się objawami zdziwienia, okrzykami, pukaniem w czoło.
Problem jest stary, ale sposoby przeciwstawiania się też. Problem był, jest i będzie. Dlaczego?



Komentarze
Pokaż komentarze (11)