bren bren
43
BLOG

Policzmy się jeszcze raz

bren bren Polityka Obserwuj notkę 8

Powiadają niektórzy, że te wybory wcale nie są takie ważne. Może i nie są. To skąd ta wrzawa? Dlaczego sondażowe wyniki I tury w dwóch zaprzyjaźnionych stacjach miały pokazać zdecydowaną, a fikcyjną przewagę? Dlaczego doszło do fałszerstwa akurat w Brukseli (jeśli tylko tam)? Bo tak głosuje, tak głosuje Eu-ro-pa? Czyli jednak – niezależnie od różnych zastrzeżeń – te wybory stały się czymś w rodzaju plebiscytu. No dobra, ale czemu miałby on mieć szczególne znaczenie?
Pojawiły się przed I turą głosy, że partię rządzącą ogarnął paniczny strach, co miałoby wyjaśniać wiele niewytłumaczalnych w racjonalny sposób poczynań i wypowiedzi. Zostały tu poddane rzeczowej analizie w wielu notkach i artykułach. Biorąc pierwszy z brzegu przykład – trudno sobie wyobrazić, by ktoś przy zdrowych zmysłach autoryzował taki wywiad, jakiego udzieliła Kidawa-Błońska Mazurkowi. A tymczasem to tak właśnie ma być. Ten przekaz jest adresowany do własnej armii i racjonalne argumenty mają się do niego nijak.

Liczebność tej armii jest spora. To ludzie bezpośrednio lub pośrednio zainteresowani zagarnięciem całej puli przez jedną siłę polityczną. Im będzie lepiej. To jest realna motywacja, której nie zmienią odwołania do rozumu czy jakichkolwiek racji. Ten układ powiązań, z których na różne sposoby można czerpać różne korzyści, obejmuje szczeble i szczebelki władzy, wpływów, zależności biznesowych – i wcale nie muszą to być lewe interesy. Należą doń grupy, środowiska i pojedynczy ludzie. A każdy ma przecież bliższą i dalszą rodzinę, znajomych, współpracowników, itd., itp.
To armia potężna, choć na pewno nie w całości „wierna na dobre i złe” i stabilna, bo jej część poradzi sobie w każdych warunkach, i nie jest rozpaczliwie przywiązana do jednej opcji. Poza najbliższymi celami – tym, co jest do utrzymania lub zagarnięcia – innego spoiwa nie ma.
Czy w przełożeniu na głosy armia ta liczy niemal 7 mln, uzupełniana oddziałami sojuszniczymi, klientelą WSI itp., której interesów Platforma i jej kandydat bronią i bronić będą lepiej niż nominalna lewica? Nie wiem. Można jednak zaryzykować twierdzenie, że chyba mniej. Czyli elektorat PO zawiera też głosy „niezrzeszonych”. A więc propaganda powinna być skierowana także do nich. No i wracamy do punktu, którego rozumem pojąć się nie da.

Być może kampanię nienawiści pod hasłem miłości, mającą wspierać kandydata, przy którym poprzedni wąsacz zdaje się tytanem intelektu, a Andrzej Lepper wzorem ogłady i żelaznej konsekwencji, należy traktować wybiórczo. Czyli dla każdego coś miłego. Dla skretyniałej hołoty – ohydne dowcipasy, dla „kulturalnych” – Gowin, dla zakompleksionych ćwierćinteligentów – Wajdalizm, dla jednych całkiem poważne groźby („rząd mści się na powodzianach, którzy zagłosowali „niepoprawnie”), dla innych absurdalne obietnice, itp., itd. Być może. W jaki sposób domniemani odbiorcy tych komunikatów mogą je łykać, ignorując pogardę, z jaką są traktowani – nie rozumiem. Nie oburzam się, nie odwołuję do szczytnych ideałów; staram się zrozumieć. Próbuję to jakoś policzyć, bo przecież wychodzi, że ta propaganda na iluś wyborców – tzw. niezdecydowanych – jednak działa.

Są też tacy, którzy mówią „polityka mnie nie interesuje”. Są nawet w przewadze, przyjmując, że to oni nie poszli głosować (niemal 14 mln). Niemożliwe, żeby przeważali wśród nich żyjący samotnie w środku puszczy i odżywiający się miodem dzikich pszczół. Toteż taka postawa jest trochę dziwna. Jak długo może ktoś utrzymywać, że kompletnie nie interesuje go dom, w którym mieszka? Aż dach zawali mu się na głowę? Stan zadłużenia przypadający na każdego Polaka – a więc i tego, który głosował, i tego, który nie głosował – wyniesie na koniec roku 19 tys. Kiedy zechce się choćby tym zainteresować? Przy 30 tys.? Przy 50?

No i wreszcie „druga strona”. Powie ktoś, kto nie umie lub nie chce spojrzeć na sprawy szerzej, że to taka sama „armia”. Proszę bardzo. Tylko rachunek nie bardzo się zgadza. Bo trudno przyjąć, że grubo ponad 6 mln ludzi liczy na profity i zlecenia z kancelarii prezydenta. No i to jest kłopot. Założenie, że właśnie te głosy zostały oddane w pełni świadomie nie jest dorabianiem ideologii. Nie ja wprowadzam ten podział. Ani ci ludzie. Dokonali go ci, którzy pojęcie patriotyzmu stosują jako obelgę. No i to jest jednak kłopot.
Ta armia również nie jest jednolita. Uzupełniają ją zapewne ci, dla których podstawowa zasada demokracji, czyli utrzymanie równowagi sił – jest oczywista. Nawet, jeśli się „nie znają”, „nie interesują” i nie utożsamiają z żadnym programem, rozumieją, że tylko to może im zapewnić bezpieczeństwo. To proste jak rysunki Andrzeja Krauzego – gdy dwa wilki szachują się wzajemnie – owieczka ma szansę, gdy podda się miłosnym zapewnieniom jednego – nie ma żadnej.

Tak czy inaczej to znacząca część narodu. I z nią muszą się rozprawić „pojmujący demokrację inaczej”. Muszą? Ano tak. Bez złudzeń – to gra o ogromne pieniądze. Dla mniejszych zabijano bez mrugnięcia okiem, więc żarty na ten temat nie są żartami. Nie bawiąc się w zgadywanki, kim są mocodawcy rządowych marionetek, można bez cienia wątpliwości powiedzieć, że mają one jeszcze coś do załatwienia. Bez złudzeń – to naprawdę jest sytuacja jak z końca XVIII w. Przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej– kto zna, a jeszcze, nie daj Boże, rozumie słowa starego oszołoma powinien być wyeliminowany.
Polski (?) rząd cieszy się, że już nie musi dopłacać do stoczni. Niemiecki – cieszy się, dopłacając do stoczni niemieckich, a kilka sprzedanych nadal funkcjonuje jako stocznie, i nadal pracują tam jego wyborcy. Niemiecka koleżanka pana Bartoszewskiego wskazuje podanego przezeń właściwego kandydata na stanowisko prezydenta Polski. Nie ma się co rozwodzić nad tą „drobną niezręcznością”. Ale najwyraźniej coś do załatwienia zostało. Nie po to inwestowało się gigantyczne sumy w rurę, żeby ktoś miał inne pomysły.

Kilka dni temu Grzegorz Schetyna zapewnił – a komu jak komu, ale jemu można wierzyć, jak samemu Masie – że nie trzeba się obawiać prośby o 500 dni pełni władzy, bo „PO nie chce niczego zawłaszczać, a tylko dawać”. Mógłby się ktoś obruszyć, że już tacy byli, co walczyli o pokój, dawali, i uszczęśliwiali wszystkich. No, może nie wszystkich, a bardziej równych. I że niewiele ponad 50 dni pokazało, ile można dokonać pod tym względem, wcześniej nie wyróżniając się nadmierną aktywnością. I że na taki kit już nikt się nie da nabrać. Myślę jednak, że Schetyna wcale nie kłamie, i że w ogóle w zalewie bredni politycy PO dość często głoszą swoją prawdę. Ktoś, kto sięga po coś, co mu „się należy”, co uważa za swoje – nie nazwie tego zawłaszczaniem. I będzie dawał, owszem. Pytanie co, i komu. Dowiemy się niebawem, raptem za 500 dni. Ostatni zgasi światło.
Schetyna dodał, że gdyby ta skromna prośba nie została spełniona – będzie wojna. Na odpowiedź – z kim – nie trzeba czekać aż tak długo. Wynik sprzeczny z nadmuchanymi sondażami to pokazał. I wszystko układa się w logiczną całość. Nie przypadkiem teraz właśnie obwieścił swoje poparcie Jerzy Urban. Rzecznik poprzedniego rządu, który wypowiedział wojnę temu narodowi. No, też przecież nie całemu.

Może te wybory nie są takie ważne. Ale plebiscyt, który ma dać mandat do wojny z liczącą ponad 6 mln garstką opętanych „demonami patriotyzmu”, nadać nieodwracalnemu spustoszeniu rację i słuszność – jest cholernie ważny.


 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka