bren bren
496
BLOG

Stara hucpa w nowej skórze

bren bren Polityka Obserwuj notkę 17

Szum wokół akcji marketingowej pod nazwą „dyskusja wokół nowej książki Grossa” trochę opadł, co pozwala spokojnie przyjrzeć się całemu zamieszaniu. Zwłaszcza, że premiera na dniach.
Dlaczego w grubo szytej aferze pojawiły się nowe elementy? Początkowo nic nie zapowiadało zmian. Znana do znudzenia metoda miała znowu przynieść wymierny efekt. Dla „ogólnonarodowej dyskusji”, rozpętanej z nieco większym wyprzedzeniem, nawet na salonie24 utworzono na moment osobny dział, ale szybko ktoś się połapał, że za oczywiste złamanie regulaminu (reklama) należałoby dokonać samolikwidacji. Poza tym wszystko toczyło się po staremu. Każdy – świadomie sprowokowany – głos oburzenia, każdy poważny argument itp., itd. wchłaniała machina darmowej promocji, której charakter najlepiej oddaje słowo hucpa. Zjawisko, także w tym przypadku, zrelacjonowane i zanalizowane wielokrotnie. Cóż z tego, skoro działa?
Pytanie postawione na początku interesuje mnie ze względu na jego szerszy kontekst, to znaczy jako sygnał spraw ważniejszych niż ewentualne kłopoty potentata wydawniczego z przeszacowaniem nakładu prymitywnie propagandowej broszury. (Dziełem nie zamierzam się zajmować, podobnie jak rozkładaniem po raz kolejny na czynniki pierwsze związanej z nim kampanii reklamowej. Jeśli kto ciekaw funkcjonowania tego mechanizmu, niech sobie przypomni Przedsiębiorstwo holocaust czy Wielką hucpę Normana G. Finkelsteina. A najlepiej – samodzielnie pogłębi wiedzę historyczną. I uzupełni krótkim kursem marketingu).

Zwołana przez Znak ni w pięć ni w dziewięć konferencja prasowa byłaby dość zabawna, gdyby sprawa nie była tak ponura. Raczej nie da się tego wydarzenia uznać za zaplanowaną innowację w kreacji marketingowców – musieliby w tym celu ruszyć jakąś częścią ciała, bo o ruszanie głową trudno ich posądzać. Coś innego zatem musiało spowodować, że ludzie poważni, doświadczeni i w pełni władz umysłowych zorganizowali specjalne spotkanie, aby wygłosić stek bredni. Ani przymuszeni, ani zaskoczeni np. przez wyskakującego zza rogu natarczywego dziennikarza. Mało tego; w wywiadzie udzielonym „Rz.” nieco później Danuta Skóra dalej beztrosko plotła bzdury.
Ktokolwiek zetknął się z nią na gruncie profesjonalnym, ten wie, że szefowa Znaku ma i jaja, i tęgi mózg. Czemu więc postanowiła zrobić z siebie idiotkę? Warto się chwilę zastanowić nad jej wypowiedziami, bo pozwalają doprecyzować zadane na wstępie pytanie. Rozumiem ks. Isakowicza-Zaleskiego, który przywołując niegdysiejszą postawę dyrektorki Znaku wobec wstrzymywania jego książki, teraz z powagą potraktował jej przeprosiny jako piękny gest. Ale niezależnie od tego, czy autor był wtedy obiektem gry w dobrego i złego policjanta, nie sposób zgodzić się z jego oceną. Ów pusty gest pozostaje w nazbyt rażącej sprzeczności z działaniem oraz pozostałymi słowami. A lepszego sprawdzianu rzetelności niż wewnętrzna konsekwencja nie wynaleziono.
Przeprosiwszy „wszystkich zasmuconych tą książką” Danuta Skóra powiedziała też, że obawia się, iż skutek może się okazać przeciwny do zamierzonego; czyli – inaczej mówiąc – przyczyni się do wzrostu uczuć negatywnych. W ten nieco zawoalowany sposób dotknęła sedna sprawy. Przyjmując, że zamierzeniem miała być oczywiście realizacja najszczytniejszych ideałów – efektem jest szerzenie nienawiści. Zdumiewający refleks. Można by powiedzieć – lepiej późno niż wcale, ale przecież równocześnie padła zapowiedź „bezinteresownego kontynuowania misji”. Przepraszam – jakiej? Sprzecznej z nagle przebudzonym głosem sumienia?
Prezes Znaku oświadczył, że zyski ze Złotych żniw zostaną przekazane na cel społeczny (zakładam, że nie chodzi o Społeczny Instytut ZNAK), pani dyrektor – że na cel charytatywny. Nie czepiam się drobnych różnic, jednak tak prostą rzecz należało wcześniej ustalić. Bowiem dopiero po podaniu nazwy fundacji, której konto musi być ogólnie dostępne, taka deklaracja nabiera wartości. Na razie mogę złożyć identyczną: gdy tylko otrzymam Nagrodę Nobla w dziedzinie hodowli ryb akwariowych – przekażę ją w całości na ten sam cel charytatywny lub społeczny.
„Ludzi interesują głównie treści skandalizujące i kontrowersyjne. I jakoś nie potrafimy tego przełamać. Ani my wydawcy, ani wy dziennikarze”. Niezbyt odkrywcze stwierdzenie, jak na znakomitego fachowca. Towarzyszące mu obłudne usprawiedliwienie ogólną niemożnością oznacza powrót do punktu wyjścia. Wbrew szczytnym deklaracjom – bo niby na czym w przypadku wydawnictwa miałaby polegać misja, jeśli nie na pracy nad takim „przełamaniem”? Choćby poprzez potężną i dobrze wymyśloną promocję „innej, lepszej książki” („jedynej właściwej odpowiedzi”), na co można już było przeznaczyć zysk z 80 tys. egzemplarzy Strachu. Ale po przerzuceniu odpowiedzialności na kretyńskich odbiorców, szefowa Znaku pobożne życzenia również woli skierować do innych. „I mam nadzieję, że takie książki zostały napisane i zostaną wydane”.
Ano, owszem. Zostały.
„– Pani książka wyszła w nakładzie 500 egzemplarzy?
– Tak, to normalny nakład dla publikacji naukowych.
– To za dużo pani nie zarobiła?
– No nie, dostałam 20 egzemplarzy autorskich, ale musiałam zapłacić za prawa autorskie do fotografii. Trochę więc dopłaciłam do interesu. Niektórzy koledzy nie dostają nawet egzemplarzy autorskich, więc nie było tak źle”. (Fragment wywiadu w „Rz.” z Martyną Rusiniak-Karwat. „Pracuje na UW. Specjalizuje się w historii i kulturze Żydów w Polsce w XX w.; prowadzi badania dotyczące historii socjalistycznej partii Bund w Polsce po 1944 r. Autorka pierwszej pracy naukowej o tym, co działo się w Treblince po II wojnie światowej”).

Z głoszonych beż żenady sprzeczności wyłania się nieoczekiwanie coś optymistycznego. Z pewnym opóźnieniem, ale jednak, naczlastwo Znaku uświadomiło sobie, że popełniono błąd. Marketingowy, rzecz jasna, nie jakiś inny. Przekonanie, że w 2010 r. nic się nie wydarzyło, także w sferze świadomości społecznej – okazało się fałszywe. I zabiegi, które tak wspaniale funkcjonowały parę lat temu, natrafiły na opór. Okazało się, że nie wszyscy „ludzie” interesują się wyłącznie skandalami. Mało tego – odważyli się dać temu wyraz. „Wielu z nich zapowiedziało, że nie będzie już kupować naszych książek. Jest mi z tego powodu bardzo przykro i właśnie tych ludzi przeprosiłam”. A więc to i owo nie tylko się wydarzyło, ale zostało zauważone. Ba, może mieć realne skutki. Na ile znaczące – dopiero się okaże.
Zapowiedź bojkotu została natychmiast zaatakowana przez dyżurnych idiotów, którzy (bez wyjątku) zdradzili jedynie, że nie rozumieją znaczenia tego słowa. Jeśli można dziś mówić o trafności i częściowym przynajmniej sukcesie pomysłu, to przecież nie ze względu na przykrość, jaką sprawił szefowej Znaku. Ani na realną bolesność ciosu, który nawet przy szerszym zasięgu nie doprowadzi Znaku do ruiny finansowej. Nikt zresztą takich życzeń czy marzeń nie wyrażał. Można zresztą zasadnie przypuszczać, że ewentualne straty zostaną odrobione z nawiązką. Naiwnością byłoby wszak sądzić, że zupełnym przypadkiem jest zbieżność dat: wprowadzenia Żniw na rynek i uruchomienia przedsięwzięcia HEART.
Powiew optymizmu rzeczywiście pochodzi z przełamania. Przełamania bezradności wobec hucpy, która do tej pory zasysała wszystko na swoją korzyść. Z potwierdzenia, że sensowny opór społeczny nie jest pozbawiony szans. Że trzeba się tego uczyć, i stosować krok po kroku w obszarze ku temu odpowiednim, to znaczy takim, który powinien zależeć od „ludzi”.
Żeby nie było żadnych wątpliwości: ów opór nie jest „zamachem na wolność słowa” itp., jak to usiłowano przedstawiać, rozdzierając mocno cuchnące szaty. Nie. Jeśli handel pornografią jest legalny – to niech się odbywa, skoro są chętni, i tacy, którym jest niezbędna. Sprzeciw dotyczy m.in. nachalnej reklamy. Handel intelektualną pornografią, jaką bez wątpienia są dzieła Grossa (co potwierdziła innymi słowami szefowa Znaku), nie powinien łączyć się z niszczącą wszystko hucpą. Biznes, całkiem niezły, da się robić, zachowując przyzwoitość. Nie wolno o tym zapominać.
Bardzo poważne szkody, poza tymi najbardziej widocznymi, jakie wyrządza ta działalność wymagałyby osobnego omówienia. Ale nazywanie tej hucpy misją – to już doprawdy nachalstwo. W pełni zasługujące na jedyny rozsądny odzew, czyli bojkot.


 

bren
O mnie bren

Nie ma takiego poświęcenia, na które by się człowiek nie zdobył, byle tylko uniknąć wyczerpującego wysiłku myślenia. /sir Joshua Reynolds/

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka