Krótki tekst we wczorajszej „Rz”. Nie na pierwszym miejscu. Nie wywołał lawiny notek i komentarzy, jak dzieje się w przypadku byle wrzutki. Normalka, bo dotyczy rzeczywistości, a nie przejścia, wejścia, sondażu, gadania – o czym można gadać swobodnie do upadu. Żadnej sensacji, silikonu, wizyty, więc kompletna obojętność nie powinna dziwić. Normalka. A jednak kłuje bardziej niż zwykle – może dlatego, że jest w tej rzeczowej informacji zarazem coś symbolicznego. Widać w niej ogrom zniszczeń, poczynionych w ostatnich 4 latach, i ich dalekosiężne skutki; są sprawy dotyczące wszystkich – a więc i tych, którzy „nie interesują się polityką”, są konkretni ludzie.
„Parkom narodowym grozi plajta?
(...) Na paliwo do służbowego samochodu dostałem 500 zł na rok. Wszędzie jeżdżę własnym, ale w pewnym sensie okradam rodzinę – mówi Andrzej Grygoruk, zastępca dyrektora Biebrzańskiego Parku Narodowego”.
(...) Problemy zaczęły się wraz ze zmianą ustawy o finansach publicznych. Na jej mocy zlikwidowano gospodarstwa pomocnicze, które parkom przynosiły dochody. A były to niemałe kwoty, bo np. rocznie TPN wypracowuje ponad 12 mln zł. Od 1 stycznia 2011 r. nawet pieniądze uzyskane ze sprzedaży biletów dla turystów trzeba odprowadzać do budżetu państwa.
Z kolei pieniądze na utrzymanie parków są przekazywane ze specjalnej rezerwy budżetu. (…) Problem w tym, że nie docierają na czas.
– Od marca czekamy na przekazanie środków na drugi kwartał. A to ponad 2 mln złotych – mówi Zbigniew Krzan, wicedyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego. – Właśnie usłyszałem obietnicę z resortu środowiska, że pieniądze będą lada chwila. (…)
Nie wszystkie zaległości uda się nadrobić. – Potrzebowaliśmy pieniędzy na sadzenie drzew w marcu. W maju o tym możemy zapomnieć – mówi Andrzej Grygoruk. (…)
Inwestycje też mogą przejść parkom koło nosa. Karkonoski Park Narodowy to lider pozyskiwania środków z funduszy UE. Ale… (…) Nie ma środków na wymagany przy finansowaniu unijnym wkład własny, bo pieniądze z budżetu nie trafiły na czas.
– Chodzi o 15 proc. wartości projektu – mówi Makowski.
Dyrektor parku Andrzej Raj dodaje: – Wygrywamy konkursy, podpisujemy umowy, a potem wkład własny jest zmniejszany albo do nas nie dociera. Właśnie z Czechami realizujemy transgraniczny projekt i brakuje nam kilkuset tys. zł. Degradacji środowiska nie zatrzyma się, nim dotrą do nas środki”.
Nie będzie nas – będzie las. Takie porzekadło oddawało niegdyś w uproszczony sposób współzależność przemijania i trwania. Przy okazji, na długo przed pojawieniem się bohaterskich organizacji walczących w obronie przyrody, uczyło szacunku dla natury. Jak wiele powiedzonek i haseł traci aktualność, a właściwie powinno być zakazane administracyjnie. W stwierdzeniu: przysłowia są mądrością narodu – nie tylko ostatni wyraz sprawia kłopoty.
Parki mają to nieszczęsne, skazane na niebyt słowo w nazwie. Ale nie przypuszczam, by front walki ideologicznej miał tu decydujące znaczenie. To po prostu działanie zgrai debilnych złodziei. Debilnych, bo „normalny” złodziej nie kradł w swojej okolicy. I nie okradałby swoich dzieci.
Symboliczny ślad majątku narodowego w nazwie Parków odpowiada realnemu fragmentowi wspólnej własności. Jest też chyba jej najbardziej oczywistym przejawem. I zarazem jednym z ostatnich, jakie zostały do rozgrabienia.
Jest w tej krótkiej wiadomości właściwie wszystko. Ofensywy legislacyjne i ich wymierne skutki. Marnowanie możliwości, jakie stwarza przynależność do ukochanej UE. Obietnice. Głupota, skrajna nieodpowiedzialność i bezkarność. I ludzie, którzy mimo wszystko pracują. I bezmyślne niweczenie ich wysiłków.„Nadzieje pracownicy parków wiążą z rządowym projektem zmiany ustawy o ochronie przyrody. Dziś zajmuje się nią Rada Ministrów. Gdyby została zaakceptowana, parki wkrótce znów będą mogły na siebie zarabiać.
– Jeśli przepisy wejdą w życie, zostaniemy państwowymi osobami prawnymi i będziemy zatrzymywać co najmniej część wypracowanych środków – mówi dyrektor Krzan. W pewnym sensie oznaczałoby to powrót do wcześniejszych rozwiązań”.
Jest więc i kręcenie się w kółko, i happy end. Pozorny – bo co przepadło, już się nie odstanie. A rezerwa zniknie zupełnie. Przy innych okazjach byle kretynka stosowana, licząc na powszechną amnezję, mogła stać się w sekundę specjalistką od piłki nożnej albo autostrad i pleść bzdury, które zawsze ktoś łyknie. Tu chóralne wycie nic nie da, więc eksperci milczą. Odezwą się później. Gdy – być może cool w tym sezonie – wejście w szpilkach na Giewont okaże się niemożliwe. (Na razie brak pieniędzy na remont i szlak najprawdopodobniej zostanie zamknięty). Wtedy się wytłumaczy, że to z powodu krzyża, który jakieś oszołomy ustawiły na szczycie. Na bieżąco bardziej absorbuje publiczność popelina drogowa czy stadionowa – ale zapaść Narodowego Centrum Sportu (hm, znowu Narodowe) też jakoś się wytłumaczy. Nawet wiadomo, jak.
Jest w tej rozpaczliwej historyjce coś jeszcze. Postęp się dokonał. Nie było nas – był las. Po nas – nie będzie nic. Dla tych, którzy właśnie korzystają z tego prostego hasła, brzmi ono radośnie. Dla ich wnuków – nieco mniej. I nie będzie już miało znaczenia, czy czyjś dziadek interesował się polityką lub nie. Ani na kogo głosował czy nie głosował w ogóle.
To zaledwie jeden przykład systemowej kradzieży. Zapewne – ani najbardziej bolesny w czysto finansowych wyliczeniach, ani spektakularny. A przecież ukazuje, że coś się skończyło. Na istnienie wspólnoty składa się m.in. dziedzictwo. Niematerialne i materialne. Nie wdając się w rozważania o kontynuowaniu tradycji, można powiedzieć, że jedyną formą zapłaty za odziedziczone dobra jest obowiązek przekazania ich dalej. Wspólnota, która nie jest w stanie chronić swojej własności przestaje istnieć. Nie zmienią tego wielkie czy małe słowa. Ani to, czy uda się ukarać winnych. Stało się. Niszczenie jest łatwe. Obowiązek – męczący, choć to takie zmęczenie, jak wędrówka po Tatrach. Pewnie, że nie każdy lubi.
Nie ma „nas”, a i lasu nie będzie. Zostanie nie złom, nie śmiech pokoleń, ale dopisane do zera drugie zero. Do końca świata i dwa dni dłużej.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)