Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen
151
BLOG

Akcje marcowe

Marcin B. Brixen Marcin B. Brixen Polityka Obserwuj notkę 4

Któregoś marcowego dnia do jednej z klas wszedł ksiądz katecheta. Wszedł i aż się cofnął. Bowiem jego uszy zostały zaatakowane taką ulewą wulgaryzmów, jaką nie powstydziłby się film kryminalny czy dokumentalny o marginesie społecznym. Dodać trzeba, że nie była to klasa trzecia a. Dzieci były już o wiele starsze a i tematy przez nie poruszane był o wiele dojrzalsze. Zanim ksiądz dotarł do biurka nauczył się kilku nowych przekleństw. Akurat naprzeciw jego stołu dwie uczennice opowiadały sobie wrażenia z badania u ginekologa. Ksiądz wstrzelił się pomiędzy słowa "pierdolę" i "macica" i poprosił o ciszę. Następnie przywitał się z klasą:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Parę osób coś wymamrotało, ale bardzo cicho.
- Moment, przecież to jest lekcja religii, tak? - upewniał się ksiądz. - Żeby nie było posądzenia o dyskrymiancję, to wszyscy zostali najpierw zapisani na etykę i tylko chętni się przenieśli na religię. Przenieśliście się, tak? Jesteście katolikami, tak? To dlaczego nie witacie się ze mną jak katolicy?
- Y... No wie ksiądz... - powiedziała jedna z uczennic, ta, która przed chwilą opisywała swą wizytę u ginekologa. Poczerwieniała na twarzy i zaczęła wyłamywać sobie palce. - To takie trochę... wstydliwe... tak publicznie... obnosić się z religią...

Parę dni później reszta kadry nauczycielskiej przeżyła szok podobny do tego, jaki przeżył ksiądz katecheta. Otóż niespodziewanie do szkoły zajechała pani wizytatorka z kuratorium. Wierzący nauczyciele wznieśli okrzyki trwogi do boga, w którego wierzyli, a niewierzący wznieśli je do byłego naczelnego "Wiodącego Tytułu Prasowego".
Pani wizytatorka bardzo źle wybrała moment przybycia, bo dużą przerwę. Zanim pani dyrektor zdołała pomyśleć i zorganizować jakąś eskortę pani wizytatorka musiała samotnie przebyć boisko. A na boisku - jak to na dużej przerwie - toczyła się szkolne życie terenowe. Tu ktoś grał w nogę piłką tenisową, to ktoś omawiał sprawy sercowe lub ubraniowe. No i oczywiście toczyła się walka o przetrwanie. Akurat kiedy pani wizytatorka wbiła się w tłum dziatwy niby lodołamacz w krę lodową, doszło do strasznej sceny. Jakiś nieszczęśnik podpadł całej swojej klasie i teraz kilkunastu równieśników równało go z asfaltem. Zdołał się wyrwać i spojrzał zakrwawioną twarzą na panią wizytator, ta jednak udała profesjonalnie, że niczego nie widziała i powędrowała dalej. W wejściu do budynku powitał ją pan dyrektor wraz z delegacją nauczycieli.
- Te dzieciaki to... tego... często siętak biją... - zaczął niezręcznie pan dyrektor przewidując awanturę. I słusznie. Awantura była. Ale nie o bójkę.
- Gówno mnie obchodzi, że jacyś gówniarze się pobili - oświadczyła pani wizytator jadowitym szeptem (w skali od jeden do dziesięć jej jadowitość wynosiłaby jedenaście). - Ja jestem od tego, żeby skontrolować pracę szkoły.
- No chyba chodzi o wychowywanie i kształcenie młodzieży - zdumiała się młoda pani od polskiego. Szybko jednak zostałą uświadomiona na czym powinna polegać prawidłowa praca szkoły.
- Te wszystkie rubryki mają być prawidłowo wypełnione - pani wizytator pokazywała grube stosy papieru. - Między innymi raz na kwartał trzeba odwiedzić przynajmniej jednego rodzica któregoś z uczniów. A szkoła przysyła dokumenty do kuratorium i ta rubryka w ogóle nie jest wypełniona!
- Bo mi powiedzieli... - zaczęła młoda pani od polskiego i umilkła kopnięta boleśnie w kostkę przez pana od historii. Dyrektor zaczął coś tłumaczyć o nawale obowiązków, braku czasu i patologiach w rodzinach uczniów. Że uczniowie się biją, kradną, przemoc, narkotyki, agresja ze strony rodziców.
- Czy ja kurwa niewyraźnie mówię? - jadowitość pani wizytator podniosła się z poziomu jedenaście na dwanaście. - Ta rubryka ma być wypełniona! Kuratorium nadaje tej sprawie najwyższy priorytet! Rub-ry-ka! Rub-ry-ka!
- Rub-ry-ka! Rub-ry-ka! - powtarzali wszyscy za panią wizytator. A kiedy już wyszła to powtarzali słowa na "k" i "ch", a pan od historii zaproponował, żeby to tępe babsko wysłać raz do jakiegoś rodzica, to może ludzie z kuratorium zobaczyliby jak wygląda rzeczywistość.

Końcówka miesiąca zdecydowanie należała ponownie do księdza katechety. W poprzednim miesiącu wszyscy zapamiętali jego ulubioną pizzę. Kiedy zatem znowu podczas kolejnej konferencji nauczycielskiej grono pedagogiczne zamawiało coś do jedzenia ksiądz bohatersko oświadczył, że nie jest głodny.
- To może chociaż coś do picia - kusiła młoda pani od polskiego.
- No to niech będzie sok - złamał się ksiądz.
- A jaki?
- Gejfrutowy!

Nie biorę żadnej odpowiedzialności za to co robi Łukaszek, a tym bardziej za to, co mówi Gruby Maciek. A tak poza tym, to fikcja, czysta fikcja. UWAGA! Podczas czytania nie należy jeść i pić! Nie zaleca się czytania pokątnie w obecności szefa! Opluty monitor czyścimy specjalną chusteczką, a klawiaturę szczoteczką do zębów (by Redpill)

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka