Cóż, każdy wiek ma swoje dobre i złe strony. ta dobra - to wspomnienia i ta lepsza - to doświadczenie. Jesteśmy w okresie lata, kiedy pojawiają się owoce tzw. miękkie - na pewno będą to truskawki, poziomki, maliny i jeżyny oraz jagody i borówki. Gdy byłem dzieckiem, wyjeżdżałem na wakacje do rodziny mieszkającej na wsi. Miało to różny wymiar dla nas - wtedy dzieci, dla rodziców oraz dla wujostwa. W ich domu spotykała się nasza wielka rodzina rodzeństwa rodziców z własnymi rodzinami, rozrzucona po różnych częściach Polski. Wiele osób z tej całej ferajny nie ma już na świecie a relacje pomiędzy tym bardzo szeroko pojętym kuzynostwem potoczyły się własnymi drogami.
Ale zostały wspomnienia. I te właśnie dzisiaj postaram się przywołać.
Wieś znajdowała się w górach, łączyła się siecią kolejową z resztą Polski, komunikacja autobusowa funkcjonowała raczej w połączeniach lokalnych a samochód w rodzinie raczej był atrakcją niż czymś oczywistym. A najważniejsze było zaopatrzenie w jedzenie. I tutaj wszystko było naturalne - pochodziło albo z własnego ogrodu (w zasadzie czarne i czerwone porzeczki, agrest) albo też samodzielnie zebrane w lesie - sporadycznie borówki czerwone, te dość szybko wręcz zaginęły, były - ale nie bardzo pamiętam już. Czym innym były jagody - czarne jagody - rosnące obficie i zbierane już w najbliższej okolicy. Niestety, gdy w połowie lat 60. XX w. pojawiły się tzw. grzebienie do zbioru jagód - ich ilość radykalnie spadła. W zasadzie rodzice kupowali je od zbieraczy utrzymujących się ze zbierania ich w lesie.
No i maliny - po które wybieraliśmy się do lasu i te pozwalały zbierać się w naprawdę imponujących ilościach. Wtedy robaki w nich były jeszcze rzadkością, albo - jako dzieci - nie za bardzo zwracaliśmy na nie uwagę...
Te wszystkie wspomniane owoce jedliśmy w ogromnych ilościach w postaci surowych owoców prosto z krzaka lub z talerzyka z dodatkiem śmietany i cukru. Szczególnym upodobaniem cieszyły się jednak napoje na bazie kwaśnego mleka. Jak wspomniałem, byliśmy na wsi, ale wujostwo utrzymywało się z pracy najemnej i w zasadzie nie prowadziło osobiście gospodarstwa rolnego, z wyjątkiem kur i kaczek oraz królików oraz jednej świnki na rok...
Mleko kupowaliśmy u sąsiadów prowadzących hodowlę krów. Po odstawieniu odpowiedniej ilości mleka do spółdzielni mleczarskiej zawsze zostawało im trochę mleka, po które chodziliśmy codziennie - rano odnosiliśmy puste bańki na mleko i po osiemnastej przynosiliśmy w nich świeże mleko - jeszcze ciepłe. Część tego mleka odlewaliśmy do litrowych słoików i odstawialiśmy je "na skwaśnienie". Po dwóch, trzech dniach był to cudowny, zimny napój bo przechowywane było w chłodnej części budynku.
To mleko mieszaliśmy ze świeżymi owocami - głównie z jagodami albo z malinami i niewielkim dodatkiem cukru. Do mieszania służył mikser - wtedy nowość - silnik elektryczny napędzał specjalny uchwyt do mieszania substancji, w której był zanurzony...
Tak sobie pomyślałem pijąc "naturalny kefir" przyniesiony ze sklepu...
https://www.youtube.com/watch?v=FD3ksnftH_A


Komentarze
Pokaż komentarze (4)