Ceterum censeo Poloniam mox extra Unionem Europaeam futuram esse
Znów czytam na salonie o tym, co uczyniła jakaś tam "ministra", a jeszcze nie doszedłem całkiem do siebie po tym, jak przeczytałem o wizycie w Watykanie anglikańskiej "biskupy". To jest jakiś "sen idioty śniony nieprzytomnie": rozumiem, że masakrują nam gospodarkę, kulturę, szkolnictwo, ale żeby język? Choć w sumie...
Obecna "deforma" polskiego języka jest wdrażana (upychana kolanem) w sposób nieoficjalny, metodami nieformalnego nacisku i szantażu, przez ludzi którzy tego języka zwyczajnie nie rozumieją i "nie czują", gdyż w większości posługują się nim w drugim - trzecim pokoleniu. Ci ludzie nie ogarniają tego za co się biorą, tego że w polszczyźnie kobieta może być profesorem, ministrem, powstańcem, a dla równowagi mężczyzna może być np. geodetą, kierowcą, specjalistą lub ... idiotą! Z typową dla każdego maskila hunwejbińską gorliwością, postanowili nas wreszcie nauczyć posługiwania się naszym własnym językiem, gdyż w ich rozumieniu jest on nie do końca logiczny, no i zaczęli płodzić potworki językowe w rodzaju "architektki" lub wspomnianej "biskupy". Już nie wystarczy im nauczanie nas "prawidłowej" wymowy (zwłaszcza słynne "szeŚĆSet" lub "dziewiĘĆSet" które skutecznie narzucili miejscowym, a od którego skóra mi cierpnie na doopie gdy słyszę), oni nam teraz nareszcie zrobią "reformę" porównywalną do balcerowiczowskiej w gospodarce! W sumie nic nowego, już przed wojną Żeromski z przekąsem wspominał o "panu Tuwimie, który tak wgryzł się w język polski, że aż przegryzł się na drugą stronę". No ale Julian Tuwim to był jednak Ktoś!
I tylko jednego nie mogę zrozumieć (?), a raczej wybaczyć: tego kompletnego, tchórzliwego milczenia całej naszej (?) kulturalnej elity i profesury, tych wszystkich filologów (płci OBOJGA - żadnych tam "filolożek"!), którzy w milczeniu to obserwują. W latach dwudziestych ubiegłego wieku, przeprowadzono reformę polskiej ortografii: zebrało się grono wybitnych specjalistów z grona profesorów filologii i ustaliło jak należy pisać po polsku. Była potem awantura, liczne zastrzeżenia, ale ktoś to w końcu musiał zrobić i jakoś się przyjęło. Dlatego nawet bym zrozumiał (co nie znaczy: zaakceptował!), gdyby obecnie jakieś podobne grono ustaliło, że powinniśmy zrobić porządek z "feminitywami" i się za to kompleksowo i na spokojnie zabrało. Ale to milczące obserwowanie dzikiej i chaotycznej masakry języka Mickiewicza i Słowackiego, jaką dokonują na ich oczach ludzie którzy nie mają do tego żadnych kompetencji poza wygórowanym poczuciem swojego geniuszu - tego pojąć nie potrafię! Będzie im to pamiętane...
Jakoś mi się to skojarzyło z viralem ostatnich tygodni: obrazem dzikusa, który z gestami triumfu, w biały dzień, na ulicy irlandzkiego miasta urzyna kozikiem głowę powalonemu białemu człowiekowi. Gdyby to się działo sto lat temu, w dżungli ciemną nocą to bym to uznał za "szokujący widok", ale to się działo w XXI wieku, w biały dzień, pośrodku europejskiego miasta; więc to jest zbyt absurdalne by napisać o tym po prostu "szokujące". Nie potrafię jednak powiedzieć JAKIE to jest. Takie czasy...


Komentarze
Pokaż komentarze (121)