197 obserwujących
1270 notek
1144k odsłony
  393   1

Bimbrownicy i meliniarze (2)

Do największego rozkwitu bimbrownictwa doszło w latach 80.


       Badania prowadzone nad nielegalnym gorzelnictwem wskazują, że zjawisko to zanika, kiedy za średnią pensję można kupić 60–70 butelek wódki. Tymczasem w PRL przelicznik ten wynosił zaledwie ok. 30 butelek!


      Wódka była w Polsce Ludowej relatywnie dwukrotnie droższa niż przed wojną i jedną z najdroższych w Europie. Tym samym każda zwyżka cen alkoholu powodowała wzrost nielegalnego gorzelnictwa. Zasada, że  „cena bimbru musi [...] pozostać w bezpiecznej odległości od monopolówki” obowiązywała do końca PRL.


      Z ekonomicznego punktu widzenia produkcja bimbru była doskonałym interesem. Przy dominującej produkcji wiejskiej, podstawowe surowce — ziemniaki, zboże, mąka etc. — pochodziły z własnego gospodarstwa. Nawet kiedy podstawowym surowcem stał się cukier, jego wyższy koszt był niwelowany przez np. większą wydajność. W rezultacie koszt wytworzenia samogonu stanowił zazwyczaj tylko niewielką część ceny podobnej ilości „monopolówki”.


      Cenę zbytu kształtowały przede wszystkim ryzyko wpadki oraz możliwości finansowe klientów.  „My zawsze uderzamy w środek — opowiadał zawodowy bimbrownik - Czym więcej kosztuje wódka, tym wyżej podnosi się ten środek. [...] Z kila cukru, no niech kila i parę deka więcej, zrobię litr samogonu. To litr kosztuje mnie 15 złotych. Litr wódki ile kosztuje, 70 zł? — To ja muszę bić tak: muszę na litrze zarobić dużo bo inaczej po co mi ten interes, po co ja mam ryzykować, ale nie mogę chcieć za dużo, bo u mnie nie będą kupować. Muszę wziąć tak, żeby było dużo drożej niż 15, ale dużo taniej niż 70” .


      Warunkiem naprawdę hurtowej działalności był bowiem dobrze zorganizowany zbyt. Ten zaś gwarantowały przede wszystkim duże miasta. Nic też dziwnego, że po zakończeniu wojny codziennym zjawiskiem były nielegalne gorzelnie wykrywane w peryferyjnych dzielnicach miast lub na przedmieściach.


      Z dystrybucją nie było większych problemów dzięki prywatnej sieci handlowej i gastronomicznej. Właściciele sklepów, kawiarni  i  knajp z jednej strony dążyli po prostu do maksymalizacji zysk  z drugiej zaś handlowali bimbrem z racji niedoboru legalnego alkoholu.


      „Nieomal w każdej kawiarni lub podobnych przedsiębiorstwach gastronomicznych, - napisano w raporcie -  a także w wielu sklepach spożywczych odbywa się nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych i to zarówno w naczyniach zamkniętych, jak i do spożycia na miejscu. Również zjawiskiem często występującym jest nielegalna sprzedaż napojów alkoholowych na placach targowych ze straganów i budek, a nawet wprost na ulicach”.


      Był to proceder powszechnie akceptowany, a sprzedawców nieraz wręcz chroniono. Np. w listopadzie 1955 roku milicja z ubecją przeprowadziła razem z MO i UB kontrolę lokali całej Warszawie. „Jeden z nielegalnie prowadzonych lokali restauracyjnych przy ul. Litewskiej 15,  gdzie sprzedawano „bimber” — napisał funkcjonariusz MO — poleciłem Urzędowi Śledczemu zamknąć i pozostawić do decyzji ob. Premiera. Właścicielka lokalu przy przeprowadzaniu rewizji spowodowała napad oddziału Wojska Polskiego, stacjonującego Litewska 14 na organa Milicji Obywatelskiej, w wyniku której nastąpiła strzelanina i pobicie szeregu milicjantów i rozbrojenie ich przez kompletnie pijany wyżej wymieniony oddział”.


      W podwarszawskim Legionowie działały wręcz „firmy” zajmujące się produkcją urządzeń gorzelniczych, co umożliwiało utrzymanie produkcji na odpowiednio wysokim poziomie i szybkie uruchomienie wytwórni w razie wpadki.


     W związku z nasilonymi represjami, od końca 1946 roku bimbrownie były przenoszone „do najodleglejszych wsi, w lasy i bagna, do których częstokroć, wskutek złego stanu bezpieczeństwa i złych warunków drogowych, organa Ochrony Skarbowej i Milicji Obywatelskiej mają utrudnioną ingerencję. Ponadto tajne gorzelnictwo przenosi się z zabudowań gospodarczych w pola i powojenne bunkry, przesuwając czas pracy na godziny nocne”.


      W miastach decydującym ciosem dla istniejących do tej pory sieci dystrybucyjnych było zniszczenie w czasie „bitwy o handel” większości prywatnych placówek handlowych i gastronomicznych i poddanie jeszcze istniejących rygorystycznemu nadzorowi.


     W konsekwencji aż do początku lat osiemdziesiątych cechą alkoholowego czarnego rynku w miastach były meliny, gdzie handlowano przede wszystkim wódką „monopolową”.


      Wpadki, zarówno producentów, jak i pośredników, były zazwyczaj rezultatem donosów. „Niemal wszystkie przypadki trafiające do sądu - napisano w raporcie - są rezultatem oskarżeń sąsiedzkich. Producent i sprzedawca bimbru musi żyć w przyjaźni z sąsiadami. Jeśli pokłóci się z kimś, od razu MO otrzymuje informację.


      Najwięcej bimbrowników było tam, gdzie poziom akceptacji dla władz był niski, a tradycja, w tym okupacyjna, pędzenia samogonu najdłuższa. Tak więc do rejonów „bimbrowych” zaliczano ziemie dawnych zaborów rosyjskiego i austriackiego, okolice Warszawy, Białostocczyznę, Kieleckie, Łódzkie, Lubelszczyznę, Krakowskie (gdzie na Sądecczyźnie tradycyjnie już pędzono śliwowicę), Rzeszowszczyznę.


      Oprócz produkcji na sprzedaż wielu bimbrowników produkowało jedynie na własny użytek. Granica między oboma rodzajami nielegalnego gorzelnictwa stopniowo się przesuwała, a zawodowcy coraz bardziej ustępowali amatorom, którzy w latach osiemdziesiątych zostali prawdziwymi panami pola walki.


      Podczas bimbrowego boomu z lat 70. I 80.  ponownie doszło do „urbanizacji” nielegalnego gorzelnictwa. Ten powrót umożliwiły przemiany technologiczne, w tym przede wszystkim upowszechnienie cukru jako surowca wyjściowego. Kiedy zacier przygotowywano z ziemniaków lub mąki, musiało być go po pierwsze stosunkowo dużo, zaś „cykl produkcyjny był dość długi i kłopotliwy, fermentująca w beczkach pulpa okropnie śmierdziała i to łatwo mogło zdradzić producenta”.  Technologia oparta na cukrze pozwalała na przygotowywanie niewielkich „domowych” ilości zacieru (np. zgodnie z receptura grunwaldzką - 1 kg cukru, 4 litry wody, 10 dkg drożdży), zaś proces produkcyjny był łatwy i niewymagający specjalnie skomplikowanych urządzeń. Wystarczyła kuchenka, kran z zimną wodą i nieco zmodyfikowany czajnik.


      Przemianom uległ również zbiorowy portret bimbrownika. Jeżeli wcześniej pędzeniem samogonu zajmowali się w miastach przede wszystkim robotnicy, to stan wojenny uczynił z niego aktywność inteligencką.  „Jest moda na pędzenie.- napisano w raporcie -  Panuje ona przede wszystkim w kręgach inteligencji. Pan magister i pan inżynier wymieniają receptury, wspólnie degustują, udoskonalają aparaturę. W trakcie rodzinnych i towarzyskich przyjątek już nie śledziki [...], szarlotka [...], ani nalewka [...] są przedmiotem chwały gospodarzy. Ale
bimber!”.


CDN.



Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura