197 obserwujących
1270 notek
1144k odsłony
  3974   2

King dolar (1)

W 1950 roku komuniści zakazali Polakom posiadania dolarów.


       Dolary stały się nie tylko rodzajem długoterminowej, pewnej lokaty, ale w coraz większym stopniu kapitałem obrotowym,  umożliwiającym lepszą konsumpcję. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w PRL zapanował w rzeczywistości system dwuwalutowy i „wszystkie dzieci dorastające w PRL w latach siedemdziesiątych od najmłodszych lat uczyły się tej podstawowej zasady, że są dwa rodzaje pieniędzy — prawdziwe i polskie” .


     Zanim to jednak nastąpiło, w 1945 roku minister skarbu przypomniał przedwojenne dekrety Prezydenta RP z 1936 i 1939 roku, zakazujące obrotu „zagranicznymi środkami płatniczymi” oraz ich wywozu za granicę. Za łamanie przepisów groziła w 1945 roku kara pięcioletniego więzienia i grzywna (200 tys. zł), a w przypadkach skrajnych, „jeżeli sprawca uczynił sobie proceder z popełnienia [tych] przestępstw”, sąd mógł wymierzyć nawet karę dożywocia i nieograniczonej grzywny.


      Łatwiej było jednak wydać rozporządzenie niż je wyegzekwować. Okolice warszawskiego hotelu „Polonia” (na rogu ulicy Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich) stały się bezpośrednio po wojnie centrum nielegalnego obrotu dolarami. Także skarb państwa  uzupełniał skromne zapasy dewiz na czarnym rynku.


     Funkcjonariusze UB wskazywali w końcu 1946 roku jako najważniejszych klientów czarnej giełdy, oprócz „emigrantów narodowości żydowskiej”, przede wszystkim młynarzy, producentów urządzeń młyńskich, jubilerów, restauratorów oraz „przestępcze elementy spośród funkcjonariuszów przemysłu i handlu państwowego i uspołecznionego” .


      Powracający do Polski przywozili dewizy i złoto, wyjeżdżający próbowali je wywieźć. Uciekinierzy z Polski, i Polacy, i Żydzi, wymieniali posiadany majątek na walutę i złoto, mające ułatwić nowe życie za granicą.  „Żydzi narzekają, - napisano w sprawozdaniu Polskiej Misji Wojskowej w Niemczech w 1946 roku - że ostatnio na wszystkich punktach granicznych panują kolosalne zaostrzenia, albowiem nie ma ostatnio osoby, której by na granicy „coś” nie zabrali. To właśnie „coś” waha się w granicach 1000 do 2000 dolarów, względnie biżuterii odpowiedniej wartości. [...] O kolosalnych sumach pieniędzy w walucie zagranicznej, jaką posiadają obozowicze, świadczy fakt, iż w tygodniu ubiegłym zabrano jednemu tragarzowi Herszowi Mandelbachowi z Łodzi na urzędzie NKWD w pobliżu Szczecina w rosyjskiej strefie 11 200 dolarów. Człowiek ten dorobił się w kraju na szmuglu sacharyną”.


      Kiedy jesienią 1946 roku czarnorynkowy kurs dolara osiągnął niebotyczny poziom 1 tys. zł, Ministerstwo Skarbu złagodziło represje wobec czarnej giełdy walutowej, co obniżyło kurs i „wywołało dodatni wpływ psychologiczny na zahamowanie tendencyj spekulacyjnych”.


      Liberalizacja nie trwała jednak długo. Od połowy 1947 roku wraz z „bitwą o handel” funkcjonariusze MO oraz Komisji Specjalnej do Walki ze Spekulacją Komisji Specjalnej rozpoczęli zdecydowanie walkę z „nielegalnym” obrotem dolarami.


     Brak niezbitych dowodów przestał być przeszkodą do skazania czarnogiełdziarza na kilka miesięcy obozu pracy. „Jakkolwiek rewizja osobista przeprowadzona u podejrzanych nie ujawniła posiadania obcej waluty - pisano w raporcie po obławie w okolicach „Polonii” w 1947 roku -  a z krajowej waluty tylko 3600 zł u Lipińskiego i 3042 zł u Jarzębowskiego, niemniej jednak z zeznań świadka Orłowskiego oraz z okoliczności, iż podejrzani nie mają stałego źródła utrzymania, [wynika], że są oni pośrednikami, „naganiaczami” w handlu obcą walutą” .


       Coraz dotkliwsze represje (zwykły szeregowy handlarz otrzymywał najczęściej wyrok od 3 do 6 miesięcy obozu pracy) prowadziły do uzupełniania  marynarek specjalnymi kieszeniami oraz przechowywanie dolarów u osób pozostających poza podejrzeniami (dozorców, znajomych).


     Prawdziwie ciężkie czasy dla handlarzy dolarami nadeszły w 1950 roku po wejściu w życie ustawy walutowej, zakazującej  nie tylko nielegalnego handlu dewizami, ale wręcz ich posiadania. Dewizy należało odsprzedać po śmiesznie niskim kursie państwu lub oddać je w depozyt. Wydaje się, że stosunkowo niewielka liczba Polaków pozbyła się walut.. Większość złotych i papierowych dolarów została głęboko ukryta w rozmaitych schowkach.


     Agent UB  informował, że  „w rozmowie z prywatną inicjatywą z bazaru Różyckiego dowiedziałem się, że każdy z nich posiada walutę w dolarach miękkich, będzie chciał sprzedać, a kupić walutę w dolarach złotych, który które z kolei będzie zakopywał w ziemię”.  W tej sytuacji minister bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz wydał w listopadzie 1950 roku  rozkaz nr 050, nakazujący „dla osiągnięcia efektu odstraszającego, dla ukrócenia rozpasania przestępców walutowych” przygotować pokazowe procesy waluciarzy.


      Ofiarą tego rozkazu niejednokrotnie stawali się ludzie posiadające drobne kwoty w dolarach.   Dobrym przykładem może być Katarzyna Mościcka z podwarszawskiego Zacisza, której 20 grudnia 1950 roku wykazano, że „posiadała bez zezwolenia Komisji Dewizowej 1 banknot dolarowy, otrzymany w 1947 roku od Zofii Gawareckiej w zamian za ofiarowaną jej kurę”. Z kolei ofiarodawczyni zarzucono, że „w roku 1947, czasu bliżej nieustalonego, wbrew obowiązującym przepisom wprowadziła do obrotu jednego dolara USA, wręczając go Krystynie Mościckiej w zamian za otrzymaną od niej uprzednio kurę” .


     W lipcu 1951 roku stanęła przed Komisją Specjalną mieszkanka Ciepielina pod Pułtuskiem, której zarzucano, że „do dnia 9 lutego 1951 roku [...] wbrew obowiązującym przepisom nie odsprzedała Narodowemu Bankowi Polskiemu posiadanych dwóch dolarów USA, które w połowie stycznia 1951 roku otrzymała w drodze przesyłki z zagranicy”. Razem z nią został oskarżony znajomy, który wziął od niej dolary i w ciągu tygodnia nie zaniósł ich do NBP.


      Pomimo uchwalenia w 1952 roku ustawy karnej dewizowej,  przewidującej za obrót „wartościami dewizowymi” od 2 do 10 lat więzienia (a przy „zawodowstwie” - nawet dożywocia), czarny rynek walut nie zamarł.,  zwłaszcza że zapowiadane wyroki śmierci co prawda zapadały, z zasady nie były jednak wykonywane.


     Plan sześcioletni doprowadził do gwałtownego spadku wartości krajowej waluty i do inflacji. Kto miał jakieś rezerwy pieniężne natychmiast zamieniał je na dolary. Ten zaś, kto złotówek nie miał, ale trzymał zakopane w ogródku dolary, co jakiś czas sprzedawał je „na życie”.


     Niemałe znaczenie miała powszechna na wsi tradycja tezauryzowania w złocie, której komunizm nie był w stanie zwalczyć. Na przykład chłopi z dawnego zaboru rosyjskiego środki uzyskane ze sprzedaży zboża, warzyw i mięsa najchętniej lokowali w złotych rublach. Kupowaną w jesieni popularną monetę pięciorublową, tzw. świnkę, sprzedawano na przednówku.


      Ten, kto przetrzymał dewizy i złote monety do jesieni 1956 roku, mógł odetchnąć z ulgą. W listopadzie 1956 roku Sejm uchwalił ustawę znoszącą zakaz posiadania dewiz, złota i platyny, pozwolono także na podjęcie z banku „wartości dewizowych” zdeponowanych tam po październiku 1950 roku. Utrzymano jedynie zakaz prywatnego obrotu walutami.


      Podczas zorganizowanej w Ministerstwie Finansów konferencji prasowej nie ukrywano, że liberalizacja przepisów ma na celu „uruchomienie tezauryzowanych obecnie walut, wykorzystanie ich - przede wszystkim - dla poprawy zaopatrzenia w surowce i maszyny rzemiosła oraz w nawozy sztuczne, środki owadobójcze, materiały budowlane i także maszyny - rolników. [...] Umożliwienie posiadaczom tych walut np. budowy domku jednorodzinnego, otwarcia rzemieślniczego warsztatu, intensyfikacji produkcji rolnej itp. - powinno ich zachęcić do wykorzystania tych możliwości, a gospodarce narodowej przysporzyć towarów na rynku”.

 
      Czarny rynek handlu dolarami natychmiast się ożywił. Odwaga staniała i ludzie bojący się wcześniej nawet myśleć o posiadaniu złotych monet czy dewiz teraz - zgodnie z zasadą „niepewne czasy, pewny dolar” - zaczęli lokować w nich oszczędności.


       Czynnikami podtrzymującymi czarny rynek było olbrzymie zróżnicowanie kursów dolara. I tak np. turyści odwiedzający Polskę otrzymywali za dolara 24 zł, czyli czterokrotnie mniej, niż oferował czarny rynek. Nic dziwnego, że oficjalnie wymieniano jedynie obowiązkowy limit. Przesyłane z zagranicy dla obywateli PRL waluty przeliczano po 72 zł. Mogli oni otrzymać również tzw. czeki dolarowe PKO, uprawniające do zakupu zagranicznych towarów. Jednak zaopatrzenie w sklepach PKO było, zwłaszcza w latach 50. bardzo marne.

CDN.


Lubię to! Skomentuj41 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura