200 obserwujących
1322 notki
1183k odsłony
  1522   2

Złote lata Warszawy (1)

W połowie lat 30. doszło do gwałtownego przyspieszenia rozwoju Warszawy

W Warszawie historyczne pałace i kościoły dawnej Rzeczypospolitej sąsiadowały z brzydką, pozbawioną wdzięku zabudową rosyjskiego gubernialnego miasta:  „Kiedy się  przyjeżdża do Warszawy od zachodu pociąg musi najpierw przedefilować uroczyście  szpalerem szarych, zadymionych, garbatych kamienic śródmiejskich, odwróconych tyłem do torów, zanim stanie przed drewnianą budą głównego dworca. Kiedy się przybywa ze wschodu – najpierw przesuwa się przed oczami pyszna panorama wielkiego miasta, potem wbiega się na most nad wielką rzeką, by pogrążyć się w tunelu na długo, aż poczuje się cały rozmiar  miasta dudniącego nad głową, aż wyląduje się wreszcie wśród skrzyżowań żelaznych krat i  dźwigarów nowoczesnego gmachu. Wschód i zachód, drewniak i żelbeton, wielkość i małość  zawarte są w jednym miejscu i zależne od strony podejścia. Tak kontrastowo, a nieraz i dysonansowo jest wszędzie i pod każdym względem w tej nadwiślańskiej metropolii. 40-konna limuzyna wlecze się powoli za kulawą jednokonką na przemian po asfalcie i po kocich  łbach. Rozłożyste pałace stoją w cieniu wysokopiennych marmurowych banków, obok
kamienic przeplatających beztrosko staroświeckie gruchoty z secesją i fałszywym gotykiem”  – opisywał warszawskie dzielnice Tadeusz Makowiecki.

W 1935 roku rozpoczęto zakrojony na dużą skalę ambitny plan modernizacji   Warszawy,  realizowany z inicjatywy prezydenta Stefana Starzyńskiego, który w 1934  roku  stanął na  czele komisarycznego zarządu miasta. „W tych latach (…) Warszawa i Gdynia
– jak  dziewczyny, które dorastają i zmieniają się z niezdarnych i bez wdzięku w śliczne –  stawały  się coraz piękniejsze, ozdabiały się nowymi tynkami, kwiatami, wystawami  bogatych  sklepów, kolorowymi i estetycznymi neonami. Po przyjeździe widziałyśmy to
wszystko jakby  nowymi oczami i naprawdę można się było tymi miastami zachwycać” –  opisywała swoje  wrażenia po powrocie z Włoch Monika Żeromska.

W połowie lat trzydziestych rozbudowa miasta przybrała zawrotne tempo –  wprowadzone w 1933 roku nowe przepisy podatkowe, korzystne dla inwestorów, spowodowały prawdziwy boom budowlany. Wolne place Żoliborza, Ochoty, Mokotowa,  Koła, Grochowa, Saskiej Kępy zapełniała nowa zabudowa o zróżnicowanym standardzie – od  robotniczych bloków po luksusowe wille.

Kontynuowano program budowy eksperymentalnych, zielonych osiedli  mieszkaniowych, zapoczątkowany jeszcze w połowie lat dwudziestych przez polskich twórców architektury funkcjonalnej: Barbarę i Stanisława Brukalskich, Halinę i Szymona Syrkusów, Józefa Szanajcę, Bohdana Lacherta. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa budowała „małe, lecz zdrowe mieszkania robotnikom i nisko uposażonej  inteligencji” na Żoliborzu i Rakowcu, Towarzystwo Osiedli Robotniczych  (…) swoje  wzorcowe stołeczne osiedla wznosiło na Kole i Grochowie”.

Do większości warszawskich domów doprowadzono wodę, kanalizację, gaz i elektryczność, a mieszkania o przeciętnym standardzie miały już zwykle centralne ogrzewanie i łazienki. „Z nowoczesnych mieszkań poznikały, ciężkie gdańskie kredensy i
pluszowe portiery. Sypiano na tapczanach, porcelanę i srebro wydobyto z czeluści  bufetowych, lepsze sztuki umieszczono na półkach i niskich dressoirach, gorsze ukryto w  szafach kuchennych” – wspominała Maria Kuncewiczowa.

„Bardzo się zmienił  - wspominała dalej - wygląd kuchen i łazienek. Gaz wyparł  węgiel,  elektryczność wypierała  gaz, ściany dosłownie rozstąpiły się wchłaniając naczynia i  prowianty, na czym schludność zyskała. (…) Przeciętne inteligenckie mieszkanie robiło się  coraz wygodniejsze, coraz pustsze i mniejsze. Przestawało być siedliskiem klanu. Babcie,  wujowie, guwernantki odpadali po drodze lat miejskich…”.

Z kolei Jan Emil Skiwski w „ Przewodniku literackim  po stolicy podkreślał:: „Jak się  pójdzie na Żolibórz, czy na Filtrową, znajdzie się w dużych domach niskie białe pokoje, do  których przez szerokie okna wpadają wesołe snopy światła słonecznego, zobaczy się
„dentystyczne” metalowe meble (zupełnie jak za granicą), wpuszczone w ściany szafy oraz drzwi wyłożone szkłem od góry do dołu”.

Coraz bardziej popularny był rodzimy styl, wypromowany przez Spółdzielnię Pracy  Architektury Wnętrz Ład, dla której projektowali  wybitni polscy artyści, profesorowie  warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych: Józef Czajkowski,  Wojciech Jastrzębowski, Lucjan
Kintopf, Karol Tichy, Julia Kotarbińska, Mieczysław  Kotarbiński, Jan Kurzątkowski i inni.  Ład stworzył i wylansował oryginalną sztukę wnętrza – nowoczesną, a zarazem osadzoną w  polskiej tradycji.

W imponującym tempie zmieniał się wygląd starych kamienic w centrum Warszawy.  „Domy (…) śródmieścia bardzo wyporządniały – pisała w końcu lat trzydziestych  Kuncewiczowa – odmalowano je, podreperowano, dozorcy awansowali na portierów, po
bramach zawisły nowoczesne skrzynki do listów „Hermes”, stare windy, holowane po   sznurze, wyzwoliły się spod władzy stróżowskich chłopaków, uzyskały elektryczne instalacje,  tabliczki ostrzegawcze, nazwę: dźwigi „Flohr” i w jakimś mniej więcej racjonalnym tempie  samodzielnie huczą i skrzypią wzdłuż pięter. (…) Spluwaczki wróciły na honorowe miejsca,  żarówkom przydano mocy, lokatorzy – ogarnięci twórczym zapałem administracji –  pozamieniali bilety wizytowe na mosiężne tabliczki, warkocze słomiane, uszczelniające  drzwi,  na wojłokowe listwy, w klatkach schodowych – potężniejszy od kuchennych  wyziewów
zapanował ambitny duch europejskości. (…) Panowie dozorcy wręczyli lokatorom  klucze od  głównych drzwi, przy których – dla gości – ufundowano dzwonek „do portiera”.  Domy, które  dotąd miały charakter przechodnich, otwartych na cztery wiatry labiryntów,  nabrały pozoru  ściślej prywatności, przemieniły się w obronne zamki”.

W Śródmieściu ostatecznej likwidacji uległy pozostałości nędznej parterowej  zabudowy, pochodzącej jeszcze z dziewiętnastego wieku, a jej miejsce szybko zajmowały  nowoczesne kilkupiętrowe „plomby”; luksusowa kamienica czynszowa stała się doskonałą
lokatą kapitału i intratnym źródłem dochodów. Właściciel starannie dobierał lokatorów,  eliminując z góry osoby o nieodpowiedniej pozycji towarzyskiej i finansowej – komorne  dochodziło nawet do kilkuset złotych miesięcznie!

CDN.

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura