Oto bardzo dobra nitka o tym, że czasami wsparcie w narracji politycznej może przyjść od kogoś kogo dalece nie poważamy. Retorykę Millera - premiera byłego - w przypadku obiegu informacyjno-narracyjnego dotyczącego wojny na Ukrainie warto traktować jako czynnik, który pełni rolę opatrunku na mentalne rany jakie wywołuje skrajnie filoukraiński husaryzm (bo ze strony Polaków), co to w ostatnich latach urósł niemal do rangi patriotycznego obowiązku. Czy dostrzegam w wypowiedziach Leszka Millera elementy przesadzonej narracyjnie antyukraińskości? Tak dostrzegam. Czy mi to dokucza, tak - w kilku przypadkach dokucza. Ale w obliczu niepotrzebnej nikomu, a już zwłaszcza polskiemu narodowi (lub społeczeństwu), znacznie większej, dalece przesadzonej presji ze strony orędowników bezwzględnej miłości do interesu ukraińskiego realizowanego na gruncie komunikacji, odbieram ten głos jako coś, co utrudnia temu interesowi osiągnięcie totalnej dominacji nad rozumem Polaków.
Warto tutaj dodać, że redaktor "Gazety Polskiej" zapomina jednak o czymś bardzo istotnym. Przekaz jakim posługuje się Leszek Miller - w dużym stopniu - nie jest wcale wymysłem Kremla czy samego Millera. Ten zestaw pewnych postaw intelektualnych wobec Ukrainy ma swoje źródło także w historycznych relacjach i bezpośrednim kontakcie Polaków z Ukraińcami, a także w konkretnej wiedzy na temat tego jak ukraińska rzeczywistość społeczno-polityczna wygląda. Miller nie przynosi tu żadnego wielkiego odkrycia. Owszem staje się to przy okazji podatnym gruntem na echa propagandy Kremla, ale zamiast stawiać bezwzględnie temu przekazowi tamę, jeśli tak bardzo potrzebujemy uwolnienia nas od kremlowskiej propagandy, oddzielajmy w takim przekazie ziarna od plew, a nie wrzucajmy całości do wora z napisem "ruska propaganda".
Nie widzę w tej nitce jakiejkolwiek polemiki z tym, co właściwie Leszek Miller głosi. O wiele bardziej ucieszyłoby mnie, gdyby punktowo rozprawiła się ona z tymi tezami byłego premiera, które jawnie są nie do przyjęcia, aby wszyscy jej odbiorcy mieli możliwość zderzania się z czymś dydaktycznie wartościowym.
Redaktor Mucha jednak zdecydował się wystosować nitkę, która w całości odwołuje się do najbardziej niskich instynktów odbiorcy. Stawia Millera jako osobę, w którą raczej powinniśmy rzucać kamieniami, a nie osobę, którą ma coś do powiedzenia, a wśród czego być może jest jakiś głos rozsądku. Wszystko, co się niej przytacza, nie spowoduje nawet w najmniejszym stopniu, że opinie i poglądy Millera na temat Ukrainy utracą swoją – różnie postrzeganą w zależności od odbiorcy – wartość. Ostatecznie red. Mucha sporządził tylko publicystyczną krucjatę wymierzoną w "komucha", a tę "kupić" mogą jedynie ci, którzy już od dawna razem z panem Redaktorem w tej krucjacie uczestniczą. Ot patriotyczne "cancel-culture".


Komentarze
Pokaż komentarze (10)