Gdy to piszę, nadal nie mogę powstrzymać drżenia rąk. Nie jestem już tym samym człowiekiem, bo utraciłem wiarę w człowieka. Utraciłem nie tylko wiarę, utraciłem też resztki odwagi. Osika przy mnie przypomina dąb. Właściwie albo w gruncie rzeczy (estetom pozostawiam wybór) nie powinienem pisać, ponieważ nijak nie umiem zebrać myśli. Na ogół, gdy się mocno napnę, zbieram je do kupy, od czasu do czasu zbieram je nawet cuzamen do kupy, ale dzisiaj nie ma na to szans. Piszę jedynie dlatego, że poczucie obywatelskiego obowiązku nie pozwala mi milczeć.
Tytuł podsunęła mi żona. Ona jest bardzo oczytana. Podsunęła mi tytuł, a sama prześwietla lodówkę. Nie, nie prześwietla jej w poszukiwaniu jedzenia, prześwietla ją, poszukując ukrytej w niej bomby. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to nadzwyczaj nieskładnie, ale nigdy nie byłem stylistą, a w obecnej sytuacji nie jestem nawet formistą. Zacznę więc od początku.
Żona stała przy sztalugach i szkicowała płótno "Premier otwiera kolejny pas autostrady". Dotychczas nie wspominałem, że amatorsko maluje. Twierdzi, że jest późną przedstawicielką szkoły Boznańskiej. Może i jest, nie znam się na tym. Nie wspominałem, żeby nie urazić czytelników. Czytelniczki, które nie są późnymi uczennicami szkoły Boznańskiej, poczułyby się głupio, a czytelnicy, których żony nie malują, z zazdrości, że moja maluje, przestaliby odwiedzać ten blog. Żona zatem stała przy sztalugach, mimo że stała przed sztalugami, a ja, czyszcząc nasze buty, słuchałem jej opowieści o perspektywie i płętylizmach (życzliwych proszę o wyjaśnienie mi tego terminu), które zastosuje. Byliśmy szczęśliwi, zawsze zresztą jesteśmy szczęśliwi, gdy przebywamy razem. Nagle ...
Nagle spadła na nas wypowiedź ministra spraw zagranicznych. Naszego ministra spraw zagranicznych. Ulubionego ministra spraw zagranicznych żony, co oznacza, że i mojego ulubionego ministra spraw zagranicznych, mamy bowiem z żoną ten sam gust. Gdy nasz ukochany minister spraw zagranicznych powiedział, że w Polsce mogą mieszkać polskie Breiviki, które tylko czekają, żeby podnieść rękę na rząd lub prezydenta, żona zdepnęła sztalugę, a ja dopastowałem się do obcasa. Jakby w nas uderzył meteoryt albo UFO. A powszechnie wiadomo, wiadomo z filmów, że takie UFO bywa groźne, bo zmienia psychikę ludzi. No, i nam zmieniło. Żona spojrzała na mnie pomarańczowymi oczami, z których, tak się przynajmniej wydawało, wyskakują jakieś psychiczne wągliki. Zaczęła mnie prześwietlać, wracając do mojego nieszczęsnego spotkania ze "Świadkami Prezesa". Jąkając się, jak ten filozof przed zjedzeniem kamieni, przekonałem ją, że nadal jestem wiernym zwolennikiem partii. Widocznie mi uwierzyła, bo patrzyła na mnie oczami koloru Fałat ożeniony z Cassat (tak mi później powiedziała). Zaniepokoiła ją inna kwestia. Obawiała się, że "Świadkowie Prezesa" mogli nam coś podrzucić, coś, od czego wylecimy w powietrze albo się rozpłyniemy w niebycie. Nie uspokoiło ją moje zapewnienie, że "Świadkowie Prezesa" nie mogli niczego wnieść, bo nie wchodzili do mieszkania. "Nie musieli wnieść, mogli coś wpuścić - odrzekła. Jakąś trującą substancję, którą wychuchali." By się uwolnić od jadu, mimo że wizyta miała miejsce kilka dni temu, pootwierała okna i drzwi.
Moje zadanie polegało na odkręceniu wszystkich kurków, kontaktów i śrub w meblach. Całe szczęście, że dużo tego nie mamy, bo w przeciwnym razie dostałbym przepukliny. Lodówka, o której wspomniałem, została "prześwietlona" kilkakrotnie. Za każdym razem w poszukiwaniu innej substancji trującej. W tej chwili, o czym też wspomniałem, żona szuka w niej mikromikromikrobomby. Jutro natomiast idziemy w teren, by badać wszystkich podejrzanych sąsiadów. Trochę się tego obawiam, ale gdy żona stwierdziła, że trzeba będzie dokonywać rewizji osobistych, humor mi się nieco poprawił.
W stanie skrajnego napięcia psychicznego żonie wyrwała się myśl, zgroza, heretycka. "A jeśli - rzekła konspiracyjnie - to nasz ulubiony minister spraw zagranicznych będzie chciał obalić rząd? Porzuci partię, założy swoją i wygra wybory? Przecież on już zmieniał barwy. Czy taki człowiek może budzić zaufanie?" Po chwili się jednak opamiętała, dodając: "Pisiory, wszyscy, bez wyjątków, muszą zostać poddani kwarantannie. Innego wyjścia nie ma."



Komentarze
Pokaż komentarze (132)