Wracam, jakbym wracał z Księżyca. Wszystko jest dla mnie nowe, wszystko zaskakujące. Boję się, że śnię. Ba, boję się, że nie będę umiał sklecić kilku najbardziej prostych zdań. Dwóch zdań? Dwa zdania - kiedyż to było? Pławiłem się rozkoszami rozkoszy, a rozkosz jest jak to straszliwe memento. Pozwala zapominać o troskach. O troskach świata, bo u nas, jak powszechnie wiadomo, trosk nie ma. I nie będzie. Nie będzie, dopóki nic się nie zmieni.
Jedna z rozkoszy, którą się pławiłem, zapominając o wszystkim, szepnęła mi do ucha, że premier nie tylko chce debatować, nie tylko zgadza się na debaty, które są dla niego zaskakujące (trochę naiwna ta rozkosz, bo premiera nic nie może zaskoczyć), ale nie może znaleźć interlokutora. Tak powiedziała ta moja rozkosz. A nie wyglądała. To oznacza, że nigdy nie wolno tracić czujności. Dodała (ta moja rozkosz, czujność niczego nie może dodać), że zgodził się wyłącznie premier Pawlak, ale premier Pawlak teraz bardziej nadaje się do tańca ("my nie hulaki, my tancory") niż do rozmowy. Trudno nie przyznać jej racji, tej mojej rozkoszy. Premier Pawlak od zawsze wyglądał tak jakoś niewymownie gibko. I nici z wielkiego zapału premiera, głównego premiera.
Szkoda. Niepowetowana szkoda. Doskonałość premiera w monologu dorównuje bowiem jego doskonałości dialogicznej, że pozwolę to sobie tak ująć. Zamartwiam się więc, próbując znależć premierowi odpowiedniego interlokutora (jak widać, łatwo przyswajam wiedzę). Drogą eliminacji wykluczyłem prezesa. W maratonie biedronkowym mógłby zagrozić premierowi, ale w interlokucji (trochę się zagalopowałem, bo brzmi to jakoś obscenicznie) nie ma szans. Premier uprawia sporty, a sport, o czym przekonuje nas scheda po Grekach, starożytnych Grekach, rzecz jasna, korzystnie wpływa na intelekt.
Premier mógłby dyskutować z Kantem. Szanse byłyby wyrównane, bo Kant też prowadził higieniczny tryb życia, ale Kant, na nieszczęście premiera, od czasu, gdy udał się na ucztę, na której nic nie jadł, nie nadaje się do żadnej wymiany myśli. Przebiegam pamięcią po zakamarkach mej głowy (poetyckie to może nie jest, ale do piosenki w sam raz), niestety, bez powodzenia. Pomijając kwestię, na którą nie mam wpływu, dochodzę do wniosku, że wszystkich wielkich też już zjedzono. Załamać się można!
Na szczęście popełniłem błąd. W końcu na posterunku trwa nasz Europejski Mędrzec, z którym premier mógłby się wziąć (a nawet mógłby się wziąść) za bary, ale cóż, Mędrzec podziela poglądy premiera, a premier podziela poglądy Mędrca. Moglibyśmy spijać z ekranów telewizorów te podzielenia, smakowałyby jak małmazja, ale zakasować, zakasować dla dobra Polski, dla dobra nas wszystkich, swego inter..., swego rozmówcy premier nie mógłby.
Błędy chadzają (większe błędy chodzą) parami. Zapomniałem o trenerze Smudzie. Właśnie trenera Smudę mógłby premier wyzwać na pojedynek, zwany debatą. Albo trener Smuda, dla wskazanego wyżej dobra, mógłby rzucić intelektualną rękawicę premierowi. Premier nie tylko znakomicie rządzi Polską, premier doskonale zna się na futbolu, czyli na piłce nożnej, dodaję na wypadek, gdyby czytały to osoby mające awersję do języków obcych. Premier jest jak Franciszek Józef. Jest praktykiem i teoretykiem, co nie zdarza się często. Trener Smuda, oczywiście, nie pokonałby premiera w dyskusji. Mógłby jednak godnie się w niej zaprezentować. W nagrodę za miło spędzony czas powołałby premiera do reprezentacji, z korzyścią dla niej, a więc z korzyścią dla nas wszystkich (w końcu jest to EURO wiszące na autostradzie), a premier, w drodze rewanżu, mógłby powołać trenera Smudę do rządu. Byłby tam na właściwym miejscu.



Komentarze
Pokaż komentarze (97)