Ministrowi Grabarczykowi nie zdążyły jeszcze uschnąć kwiaty, które jakiś czas temu dostał od swych sympatyczek w sejmie, gdy czarnosecińska opozycja ponownie spróbowała go odwołać. Zapragnęła pozbawić go teki, z którą urodził się, jak inni rodzą się w czepku. Takiego ministra, takiej teki! I za co - pytam?! Za to, że pociągi się spóźniają? A co, mają przyjeżdżać przed czasem? Jeśli się komuś nie podoba kolej, może podróżować samochodem. Za to, że nie ma autostrad? Przecież każdy widzi, że są, że ciągle ich przybywa. Do tego stopnia, że premier ledwie może nadążyć, by je otwierać. Że mamy mało mieszkań? A kto zabrania ich budowy? Chcesz mieć własne mieszkanie, wybuduj je sobie - powinno widnieć na transparentach wyborczych partii, bo jest przecież partią liberalną. Widzimy zatem, że nie potrzeba wielkiego intelektu, by udowodnić, że nie ma najmniejszych powodów do odbierania ministrowi Grabarczykowi teki, z którą mu tak do twarzy.
Prezes jednak, który słynie z zawiści, nie mógł znieść, że partii wiedzie się również, jak mawiamy my, zwolennicy partii, na niwie infrastruktury. Gryzło go to, gryzło, w odwecie pogryzł kota, a potem wydał rozkaz. Minister Grabarczyk musi odejść. Bez teki, rzecz jasna. Abordażu na pokładzie partii miał dokonać poseł Girzyński. E, tam, mówili członkowie rządu, naszego rządu, Girzyński nic nam nie zrobi, zwłaszcza że jest z Torunia. Gdyby tak w szeregach buraczanego PiS-u był poseł Tomczykiewicz, gdyby to jemu kazano odebrać, a raczej wyrwać teczkę z silnych dłoni ministra Grabarczyka, wówczas strach zajrzałby w oczy. Poseł Tomczykiewicz ma bowiem, o czym my, my, zwolennicy i sympatycy rządu, wiemy taką werwę oratorską, że w sejmie runęłyby galerie.
Pech chciał, że poseł Girzyński wygłosił mowę życia. W ławach rządowych zapanowała konsternacja. Zimną krew zachowali jedynie premier, minister Grabarczyk i nowy minister obrony (przed czym?). Ten pierwszy - wiadomo, drugi - w tym czasie zajęty był wprowadzaniem korekt do wiekopomnego planu rozwoju infrastruktury zaplanowanego do 2122 r., trzeci - sprawiał wrażenie, że nie bardzo wie, po co znalazł się w pierwszym rzędzie ław rządowych. Nie wytrzymała minister Kopacz, która już gotowała się do kilkumetrowego skoku na mównicę, by ująć posła Girzyńskiego i zawieźć go do prywatnego szpitala. Państwowe nie przyjmują. Nerwy puszczały również minister Kudryckiej, ale dzielnie walczyła z nimi ironicznymi uśmiechami.
Zdawało się, że jest źle, że jest zupełnie źle. W przypływie rozpaczy marszałek Niesiołowski złapał w locie muchę, której w sali sejmowej nie było. Grunt usuwał się pod stopami. Marszałek Schetyna cały drżał. Drżała cała Polska, drżałem i ja. Nagle na mównicy pojawił się premier. Marszałek Niesiołowski wypuścił muchę, marszałek Schetyna spiął się w sobie (nie każdy to potrafi), wszyscy rozdziawiliśmy usta. Premier nie mówił długo. Miał ważne spotkanie. Mówił więc krótko. Rozbił opozycję na strzępy, ministrowi Grabarczykowi dał minus i plus, w sumie - jak to w matematyce - wyszło na plus. Ciął mieczem Damoklesa czy ciął samym Damoklesem (nie zdołałem tego uchwycić), ale ciął tak celnie, że huragan braw z ław partii obezwładnił salę. Taką siłą dysponuje nasz premier!
Jednym Damoklesem rozładował sytuację. I jeden Damokles, cięty Damokles, wystarczył na tę, pożal się Boże, opozycję. A przecież premier mógł, gdyby tylko chciał, gdyby zachodziła taka potrzeba, użyć innych środków. Mógł Peryklesem podpalić Rzym, mógł Sofoklesem uciąć Hydrze ogon, mógł Eurypidesem wypierać wodę z Newtona, mógł z Temistoklesem zatanczyć Zorbę. Mógł. Mógł, ale - na szczęście - nie musiał.



Komentarze
Pokaż komentarze (59)