Notka jest wojskowa, więc słowa i zdania muszą być krótkie, zresztą nigdy nie byłem stylistą. Nie miałem nawet takich ambicji.
Zwracam się do premiera, mojego premiera, by zmienił środek lokomocji. Premier, dla dobra własnego, dla dobra nas wszystkich, by przez kolejne lata żyło się nam jeszcze lepiej (to brzmi głupkowato, ale płynie z serca), musi jeździć po kraju pociągiem pancernym.
Premier nie jeździ dla przyjemności. Dla przyjemności premier gra w piłkę. Poza tym premier nie ma czasu na przyjemności. Premier żyje naszym życiem, a nie dla własnych przyjemności. Premier jeździ po kraju, męcząc się przecież, bo takie podróże męczą, by wszystkich przekonać, że tylko pod jego przewodem będziemy mogli żyć spokojnie.
Gdyby premier rządził w cywilizowanym państwie, jeździłby autostradami. U nas nie może, bo PiS nie budował autostrad. Podróż autobusem po pisowskich drogach to droga przez mękę. Premier, oczywiście, nie dba o własne wygody, ale musi przecież myśleć o nas. Jeżdżąc autobusem po pisowskich drogach, nie odwiedzi wszystkich, którzy z utęsknieniem na niego czekają. Wszędzie na niego czekają. Wszędzie stoją z bukietami kwiatów, z pociechami na rękach, z pociechami u nóg, z pociechami, które w pocie czoła od miesięcy uczyły się wierszyków na cześć premiera. Tej przyjemności premier nie może nam, nam, miłującym premiera, odmówić.
Premier musi zacząć jeździć pociągiem pancernym. Z dwóch powodów: torów i bezpieczeństwa. Nie chcę przez to powiedzieć, że nasze tory są lepsze od naszych autostrad. Nie są, bo PiS ich nie remontował. Ale są, a autostrad nie ma. To znaczy one są, ale z powodu PiS-u ich nie ma. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to trochę sofistycznie, ale dlatego jest sophisticated.
Drugi powód jest ważniejszy. Bojówki PiS-u, które - niestety - nie śpią, czyhają na premiera. Pisowcy w kominiarkach w każdej chwili mogą poprzebijać opony, wybić szyby, mogą podnieść (unieść?, uwieść?) autobus. Mogą go nawet wynieść do Burundi. Pisowcy są, o czym (na szczęście), uczymy dziś w szkołach, nieudacznikami, ale nawet taki nieudacznik jak pisowiec może mieć swoje pięć minut.
Pociąg pancerny jest twierdzą nie do zdobycia. To po pierwsze. Po drugie, trzecie i piętnaste ... Ma same zalety. Nikt go nie przewróci, nie podniesie, nie wywiezie, nie odkręci koła. Pociąg pancerny jest o wiele, wiele, wiele pojemniejszy od jakiegokolwiek innego pojazdu. Można go ozdobić bilionami sztandarów, chorągiewek, kwiatów, wykresów, map, czymkolwiek. Do takiego pociągu może się zmieścić cała partia. W razie potrzeby część może siedzieć na dachach wagonów. Kierownikiem składu może być minister Grabarczyk, pani prezydent miasta stołecznego może dbać o aprowizację. Dlaczego ona? A dlaczego nie? Rzecznik Graś może dbać o czystość, poseł Halicki może grać z posłem Szejnfeldem w bierki, poseł Gowin może, może, ale nie musi, odprawiać świeckie nabożeństwa ekumeniczne, a minister Pitera może w spokoju ślęczeć nad przygotowywanym przez siebie raportem. Nie pamiętam, jaki to miał być raport, i ona chyba też tego nie pamięta, ale liczy się zapał, a poseł Pitery nikt nie może posądzić o brak zapału.
Na lokomotywie mógłby siedzieć Kazimierz Marcinkiewicz w roli tuby propagandowej - partii i własnej osoby. Mógłby nawet, nie jest to konieczne, ale dla jego dobrego samopoczucia możliwe, mógłby siedzieć tam z panią Isabel. Marszałek Niesiołowski mógłby podążać za pociągiem, by zmylić pisowskich szpiegów, a poseł Tomczykiewicz przed, by osłaniać pociąg.
Panie premierze, proszę przesiąść się do pociągu pancernego. My, rodacy, pana do tego wzywamy. Dla dobra nas wszystkich, dla dobra następnych pokoleń.



Komentarze
Pokaż komentarze (177)