Nie Wisła, nie Gniezno, nie Kraków odmierzają nasz narodowy czas. Nad nami (jak, nie przyrównując, nad tym nieszczęsnym Damoklesem miecz Filipowego syna), nad nami wszystkimi, swe rozłożyste skrzydła, niczym baldachim, trzyma Bartek. Dąb dębów. Polskość polskości.
Bartek wszystko przeżył, Bartek niczego nie zapomniał. Pod nim sławna Jaruha wyrywała ogon smokowi wawelskiemu, by przygotować ulubiony wywar, który książę pan rozlewał gościom. W jego cieniu Mieszko bratu swemu Czciborowi naciągał małżowinę, gdy ten ją sobie naderwał. U stóp Bartka Kazimierz kładł kamień węgielny pod murowaną Polskę. Łapiąc liść, Jadwiga Jagiełły nie chciała, bo Niemca kochała. Patrząc na Bartkowe konary, Batory pomyślał o Pskowie. O Bartku filareci i filomaci dumali w chmurne wieczory. Na jego gałęzi huśtał się Staszic, Róża Luksemburg w korze (sama mi o tym wspominała) wyryła paznokciem: "Kocham Partię". W cieniu Bartka legła niegdyś Kasztanka, a oparty o niego Bierut zajadał kaszankę.
I nikt, dosłownie nikt, nie pomyślał, co czuć może Bartek. Nikomu nie przyszło do głowy, by się Bartkiem, steranym staniem, starcem bez lat, zaopiekować. By nadal mógł trwać. Nikt od wieków.
I przybył premier. Premier przybył do Bartka, spojrzał na Bartka, Bartek stał. I premier obiecał, że nie da Bartkowi stać w znoju, że nie pozwoli, by Bartek przestał być Bartkiem. Premier obiecał pomoc Bartkowi. Bartek z premierem nie zginie. A jeśli Bartek nie zginie, nie zginiemy i my.
Kiedyś o tym epokowym wydarzeniu, w cieniu wiecznie młodego duchem Bartka, lud będzie tworzyć pieśni.
I żal tylko, że premier ma limitowany czas. Jest jeszcze prastara wierzba, którą sadziła Dobrawa, a podlewały wielbłądy. Jest baobab przywieziony przez Ibrahima ibn Jakuba w probówce i głaz, który ze swojej spłacheci Piast przyniósł w darze Rzepisze.
To też byłaby niezła lekcja historii. Zwłaszcza że jest tak bardzo prawdziwa, a my kochamy prawdę. I kochamy obietnice.



Komentarze
Pokaż komentarze (250)