W dniu ogłoszenia wstępnych wyników wyborów oboje z żoną dostaliśmy spazmów. Najpierw dostała żona. Były to spazmy histeryczne. Patrząc na żonę, nie mogłem nie ulec empatii, dostałem więc histerii spazmatycznej. Co nas tak bardzo wyprowadziło z równowagi? Oczywiście, wyniki wyborów!
Żona z parówką w dłoni krzyczała, że wybory sfałszowano. Patrząc łakomym okiem na tę parówkę, co jakiś czas powtarzałem: skandal. Przy drugiej parówce żona waliła dłonią w stół. Ja waliłem językiem o podniebienie. Żona twierdziła, że trzeba natychmiast internować wszystkich mężów zaufania PiS-u, bo na pewno ich niecne działania doprowadziły do tego, że partia nie zdobyła 80 % głosów, na jakie nie tylko zasłużyła (właściwie, jak wiemy, zasługiwała, jak my wszyscy, na więcej), ale, jak to określiła, miała w kieszeni. Mdlejąc już prawie z powodu tego walenia językiem, ostatkiem sił przytakiwałem. Gdy zabrakło parówek, żona otworzyła okno i zaczęła złorzeczyć sąsiadom, których podejrzewała o propisowskie sympatie. Chciałem i ja, ale nie miałem sił, by podejść do okna. Żona złorzeczyła w moim imieniu.
Walcząc z własną słabością, obawiałem się jednocześnie, że żonie pęknie jakaś żyłka (gorset nie czekał, pękł wcześniej). Bałem się, że nie będę w stanie udzielić jej pierwszej pomocy. Ratunek, jak to bywa z ratunkami, przybył z zewnątrz. Do pokoju wpadła rozkrzyczana i niezapowiedziana Semiramida Mamutowiczowa. Kto jej nie zna, sam sobie winien. Włos Semiramidy, a wszyscy wiemy, że Semiramida jest wnuczką Samsona (a może Salomona, nie pamiętam), zazwyczaj rozwiany, tym razem rozwiał się tak bardzo, że przykrył cały pokój. Tak, że znaleźliśmy się w namiocie. Semiramida mówiła wszystkimi językami naraz. Never ever, never more (wiem, jak to zapisać, bo Mamutowiczowa dała mi ściągę), hastalawista (czy jakoś tam), brambory, puje (z akcentem wyraźnie prowansalskim) djen' pabiedy (trzykrotnie), pikczers czy pinczers (a może ping-pong, tyle że po amerykańsku) i kumonosu-jo (to pewnie po japońsku, bo jednocześnie pokazała katanę).
Uradowana usiadła, wyciągnęła figurkę prezesa oraz igłę, popatrzyła na nas i wudując prezesa, radowała się z tryumfu genialnego premiera. Żona, która jest błyskotliwa i wszystko łapie w lot (muchy też łapie w locie), wpadła w histerię euforyczną. Podskakując, skandowała: premier, premier, premier. Moje skandowanie wypadło blado, ale się starałem. Po zniszczeniu kilku figurek prezesa Mamutowiczowa opuściła nas uradowana. Uradowani przez tydzień zbieraliśmy jej włosy.
Trwając w euforii, żona uznała, że powinna zostać dzielnicową partii. I została. Jako dzielnicowa poszła głosić wesołą nowinę dzielnicy. Pozostawiony samemu sobie (a co można robić w samotności, kiedy jeść nie można?), recytowałem "Lokomotywę". Nie zdołałem dojść do najciekawszego fragmentu, gdy przez uchylone (jesteśmy koneserami świeżego powietrza) okno wpadł do pokoju kondor (bez pasa). Na kondorze siedziała Dulcynea. Nie wierzyłem własnym oczom. Pal sześć tego kondora (kondory w Tabasco? a może to był struś? nie wiem, mam słaby wzrok), ale Dulcynea?! Dulcynea, która niegdyś wzgardziła moją miłością? Wrosłem w krzesło. Wrosłem w nie z radości. Radość nie trwała długo. Dulcynea miała wprawdzie na piersiach transparent z napisem "Zwyciężyliśmy", ale bez przerwy ihahahała. Co było dalej, nie powiem.
Żebym nie mógł narzekać na nadmiar szczęścia, zadzwoniła Róża. Tak, ta Róża. Nieśmiertelna Róża. "Odmłodniałam, wyładniałam, alzheimera trafił szlag! Partia z narodem, naród z partią! Niech żyje partia! Organizuję pochód zwycięstwa. Pójdziesz ze mną?" Nie odpowiedziałem. Zemdlałem. Domyślnemu czytelnikowi nie muszę tłumaczyć powodu omdlenia.
Pal sześć omdlenie. Szczęście rozrywa mą duszę, bo premier zapowiedział, że w nowej kadencji jego rząd będzie pracować jeszcze lepiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (156)