Niepisane prawo piłkarskie mówi, że w trakcie gry nie zmienia się zwycięskiej drużyny. Premier jest wprawdzie znawcą futbolu, ale nie jest, co wielokrotnie z powodzeniem udowadniał, doktrynerem. Już raz przedoktrynił Polskę. Dowiódł, że można inaczej. Inaczej, ale zawsze z sukcesem. Można nie robić polityki, będąc politykiem, można kochać opozycję (a właściwie cały świat), nie zgadzając się z nią, można nie być demagogiem, porywając (w dodatku nie dla okupu) wyborców. Co posunięcie, to strzał w ... chciałem napisać "w dziesiątkę", ale to takie wyświechtane, że tego nie napiszę.
Premier obiecał, że po zwycięstwie będzie pracować jeszcze lepiej. To znaczy, że sukcesy nowego rządu zawstydzą stary rząd. Brzmi to jak jeden z paradoksów pana Ponda, kuzyna pana Bonda, Jamesa Bonda (chyba, że zawiodła mnie erudycja), w rzeczywistości (po angielsku - in fact; to wszystko, co znam po angielsku, wspominam o tym mimochodem, żeby ktoś nie pomyślał, że się przechwalam) jest jednak aksjomatem. Przed poprzednią kadencją nikt sobie nie wyobrażał, że z Polski można uczynić "zieloną wyspę", kraj miłowany i poważany przez sąsiadów, że można pobudować więcej autostrad niż przez ostatnie tysiąc lat, że można rozkochać w sobie wyborców.
Skoro premier powiedział, że będzie pracować jeszcze lepiej (w znaczeniu - wydajniej), to powiedział to. I warto to zapamiętać, a nie w nieskończoność opluwać partię w radiu, telewizji, prasie i w S24. Nie jestem doradcą premiera. Premier nie potrzebuje doradców. Nie jestem doradcą premiera, nie mogę mu więc doradzać. Natomiast mogę, jako świadomy obywatel, podzielić się marzeniami. Czym innym nie mogę się dzielić. Nie, żebym nie chciał. Po prostu nie mogę.
Marzę, by w kolejnych wyborach rząd zdobył jeszcze więcej głosów, żeby mógł rządzić samodzielnie. Jak to uczynić? Moim zdaniem, powołując kilka ministerstw. Nic tak bardzo nie przekonuje wyborców jak dodatkowe ministerstwa. Sam na to nie wpadłem. Nie będę udawać, że jest inaczej. Nie ten rozum. Idę, i chełpię się tym!, za wskazaniami premiera. Boć przecie (nie wiem, czy tak wolno powiedzieć, ale zaryzykuję) premier zapowiedział powstanie kilku nowych ministerstw. Poszedłbym dalej (to taka metafora), poszedłbym (to także) w kierunku ludzi. Ludzi, czyli wyborców. A wyborcy wolą, sam wolę, ministerstwa bardziej życiowe.
Żeby nie przedłużać, a słynę z przedłużania, słynę też z zanudzania, wymienię ministerstwa, które chciałbym ujrzeć na polskiej scenie politycznej. Czynię to trzymany za gardło, a właściwie za klawiaturę, przez tremę. Raz kozie na wozie! Marzę, by powstało ministerstwo wiary w rząd. Dla tych wszystkich złych ludzi, którzy dotychczas rządu nie popierali. Marzę, by kierował nim - wiadomo. Kto inny mógłby nim kierować, jeśli nie sam premier. Jakiś czas temu zdradziłem się z myślą, dobrze, zdradziłem się z marzeniem, żeby premier kierował ministerstwem cyfryzacji. Nie rozwodzę się z tym marzeniem. Nie uznaję rozwodów. Premier może dodatkowo kierować dwoma resortami. Kwalifikacje ma, zapał ma, pracowity jest, że pozwolę sobie tak rzec w krótkich słowach. Marzę również, by powstało ministerstwo d/s oswajania opozycji konstruktywnej, z poseł Kluzik-Rostkowską na czele. Jest ona osobą kompetentną i empatyczną. To wystarczające referencje. Marzę o powstaniu ministerstwa d/s nieoswajania opozycji niekonstruktywnej. Marzę o tym, ponieważ uważam, że opozycji niekonstruktywnej w ogóle nie powinno być w państwie demokratycznym. To ministerstwo powinno być rotacyjne. Z bardzo prostej przyczyny: wszyscy członkowie partii mają do tego odpowiednie kwalifikacje. Jako bloger (inna rzecz, jaki tam ze mnie bloger, ale niech tam) marzę o ministerstwie d/s współpracy (ewentualnie komunikacji) z internautami albo tylko z blogerami. Znam odpowiednią kandydatkę, każdy ją zna. Ona mogłaby przenieść politykę miłości pod blogerskie strzechy. Nic to, że niektóre z nich mogłyby spłonąć. Nie szkoda strzech, gdy człowiek wymyślił dachówki.
Spełnienie moich marzeń zależy od premiera. Nigdy się na nim nie zawiodłem.



Komentarze
Pokaż komentarze (94)