Żeby (wiem, że od żeby, nie ma potrzeby, ale tak lubię) w przyszłości uniknąć wszelkich niestosownych, gorszących, uwłaczających i wywołujących tajfuny dyskusji problemów z manifestacjami, najlepiej byłoby je zdelegalizować. To wie każde myślące dziecko, zwłaszcza dziecko wychowane przez telewizję. Kiedyś zapewne, gdy wszelkie lokalne niepodległości nie będą już miały znaczenia, ktoś podejmie tę jedynie słuszną decyzję. Dziś byłaby to decyzja przedwczesna. Przedwczesna z tego przede wszystkim powodu, że zbyt wielu ludzi, niestety, jeszcze nie dość namiętnie ogląda telewizję.
Jak, w tym dziwacznym i przejściowym okresie, zapobiec dramatom, które rozgrywały się 11 listopada? Są dwa idealne sposoby: oświecać i zabraniać, zabraniać i oświecać, czyli w sumie cztery sposoby. I dobrze. Im więcej sposobów, tym lepiej. Gorąco popieram zakaz noszenia kominiarek, zwłaszcza że rykoszetem (rykoszetem?) uderzy w PiS z jego antydemokratycznymi metodami walki politycznej. Sam zakaz noszenia kominiarek może jednak nie wystarczyć. Pro publico bono (cokolwiek to znaczy, dosłownie i w przenośni) proponuję wprowadzić dodatkowe zakazy. Zakaz noszenia okularów, zarostu, zwyczajowego nakrycia głowy i woalek. Już sławny Arsen (tak, ten sławny odkrywca sławnego pierwiastka) Lupin ponad wszelką wątpliwość udowodnił, że posługując się sztucznymi wąsami, prawdziwymi woalkami i okularami, których na ogół nie nosił, był nierozpoznawalny.
Od czasów Arsena Lupina świat się postarzał, ale zarazem nabrał takiej wprawy w manipulowaniu przedmiotami, że proponowany przeze mnie zakaz mógłby nie wystarczyć. Z tego powodu najstosowniejszą metodą byłby zakaz noszenia ubrań. Rzecz jasna, wyłącznie podczas manifestacji. Jeśli ktoś chce manifestować, niech manifestuje, jak go Pan Bóg stworzył. Ateiści mogą manifestować, jak ich natura stworzyła. Jeśli ktoś ma nieodpartą chęć manifestowania, nie powinien się wstydzić swej ziemskiej powłoki. A, że sporo ludzi, mimo postępów postępu, nadal się jednak wstydzi, bo ma w domu lustra, kłopoty z manifestacjami mogłyby się zmniejszyć. Ta propozycja ma dodatkową zaletę. Posługując się nią, można też coś zaproponować. Przechodzimy zatem do oświecania.
Manifestować bez ubrań w listopadzie, każdy to przyzna, to tak, jakby jeść zupę widelcem. A, niestety, nasze święto niepodległości przypada właśnie w tym niezbyt szczęśliwym miesiącu. Zmienić tego nie sposób. Kiedyś, gdy pokochamy jedność, ale to daleka przyszłość. Manifestujmy zatem w maju. Święto Pracy, takie rozkoszne święto. Manifestujmy w lipcu. Manifestacja i manifest - po prostu rozkosz. W tych dwóch przypadkach można by nawet, drogą specjalnego rozporządzenia, zrezygnować z obowiązku manifestowania bez ubrań. W końcu nie jesteśmy państwem totalitarnym.
Ktoś nie chce manifestować w maju lub w lipcu, niech i tak będzie. Niech manifestuje w czerwcu lub w kwietniu. Niech manifestuje pierwszy prawdziwie słoneczny dzień w roku, pierwszy upalny dzień w roku, wiosenny wietrzyk czy letni grill. W radości i w zgodzie. Bez ideologii. Po co nam ideologia? Czy ta, którą proponuje telewizja, jest złą ideologią? Syci, ale bez objadania się, zdrowi, ale bez przesady, by innym nie było przykro, majętni, choć bez oszczędności, kochający pokój a nawet kuchnię, bratający się z siostrami i siostrzejący się z braćmi. Kochani, gdy to zrozumiemy, przestaniemy być niewolnikami telewizji. Więcej czasu spędzimy na świeżym powietrzu.



Komentarze
Pokaż komentarze (135)