Jestem człowiekiem odważnym. Może moja odwaga nie ma wiele wspólnego z brawurą, ale z naturą jest za pan brat. Niczego i nikogo się dotychczas nie bałem. Żony nie liczę, mężowie powinni bać się żon. Mógłbym stanąć w szranki z Kliczką. Nie, żebym ustał, ale bez strachu mógłbym stanąć. Słynąc z odwagi, nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek będę się bać. I stało się!
W ostatnich dniach tyle nasłuchałem się o faszyzmie, tyle się tego faszyzmu naoglądałem w telewizji, że nie mogę ani spokojnie spać, ani spokojnie jeść, ani myśleć, ani nawet podziwiać twórczości mej żony. Nie trzymam też, wstydzę się tej dosłowności, ale jestem szczery, nie trzymam moczu. To znaczy trzymam, ale on mi ucieka. I wszystko przez ten nieszczęsny faszyzm!
Strach, o czym, rzecz jasna, nie wiedziałem, pobudza czujność. Nie tylko panicznie się boję faszyzmu, ale widzę go na każdym kroku. W każdym rogu. Wszędzie. Odnoszę wrażenie, że zaczaił się pod szafą, jedyną, którą mamy. Zaczaił się, patrzy na mnie swymi faszystowskimi oczami, patrzy i czeka. Na co czeka? Czeka na to, żeby mnie sfaszyzować. A ja nie chcę być faszystą! W łożu małżeńskim, skulony w pozie embrionalnej (żona lubi wypocząć), zamiast zasypiać, słyszę złowrogie pomruki faszyzmu. Wiem przecież, że to żona wydaje z siebie odgłosy wypoczynku, ale nie jestem pewien, czy za żoną nie czai się faszyzm. Jedynym miejscem, w którym nie mamy faszyzmu, jest lodówka. Ona w ogóle słynie z tego, że zawsze, gdy ją otwieram, świeci pustkami.
Myślałem, że przezwyciężę strach, oglądając telewizję. Kocham telewizję. Niestety, zamiast skupiać się na sukcesach rządu, wypatruję faszystów. Nie chcę, ale muszę. Dopóki widziałem ich w tych, w których wszyscy ich widzą, byłem spokojny. Od jakiegoś czasu zaczynam jednak podejrzewać o skłonności faszystowskie ludzi, których dotychczas brałem za wzorowych antyfaszystów. Nawet tych, którzy w najbardziej twórczy sposób piętnują faszyzm i faszystów. Niby wiem, że nie mogą być faszystami, ale wiem przecież też, że istnieją kryptofaszyści. I ta myśl także nie daje mi spokoju.
Pewien jestem tylko tego, że faszystką nie jest moja żona. Udowodniła mi to siłowo. Unikam jednak lustra, bo gdyby miało się okazać, że ja również mogę być kryptofaszystą, czuję dreszcze. Obawiam się, że mogę podnieść swą niegodną, kryptofaszystowską dłoń na wszystko, co w Polsce jest kolorowe? Że nagle wyjdę na ulicę i dokonam zniszczeń większych od tych, jakie mogłaby dokonać Godzilla? Chodzi mi o japońską Godzillę, nie o naszą godzillę, którą grzecznościowo zwą Godzillą. Chcę organizować, z żoną, rzecz jasna, bez żony niczego nie mogę zorganizować, marsz antyfaszystowski, ale ciągle z tym zwlekam. Ze strachu.
Poszedłbym do lekarza, ale z dwóch powodów nie mogę: przyjąłby mnie dopiero w następnej dekadzie, a poza tym nie miałbym pewności, czy nie trafię na faszystę.



Komentarze
Pokaż komentarze (256)