Dzień jak dzień. Oboje z żoną jesteśmy domatorami (ona jest domatorką tylko wówczas, gdy nie manifestuje, ale lubi opowiadać, że jest), siedzimy więc w domu. To "siedzimy" brzmi okropnie, ale zawsze mam kłopot z literackim wypowiadaniem myśli, a poza tym jest wyrażeniem niezbyt ścisłym. Żona, siedząc, oddaje się urokom stołu, ja podnoszę oczka w jej pończochach. Za to podnoszę je artystycznie. Tak twierdzi żona. Podnosząc te oczka, nie mogę patrzeć na stół, co przynosi mi ulgę psychiczną. Ale wyłącznie psychiczną.
Między jednym kęsem a drugim (nie widzę tego, ale słyszę) żona rzecze do mnie. "Rzecze" jest jej literackim specialite de la maison. Podobno to coś znaczy. Rzecze:
- Mój ty złoty Kapciuszku, wydaje mi się, że powinniśmy zaprosić premiera.
Zgubiłem oczko, ale czujnie zareagowałem:
- Nie rozumiem, Kariatydo ty moja.
- Prosiłam cię wielokrotnie, żebyś tak do mnie nie mówił. Nie jestem już nastolatką. Ludzie gotowi pomyśleć, że zmuszam cię, żebyś tak się do mnie profesjonalnie zwracał. Jeśli już koniecznie chcesz starożytnie, mów do mnie Heleno albo Kleopatro. Czego nie rozumiesz, Kapciuszku?
- No, jakby to wyrazić, nie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc o zaproszeniu premiera.
- Jak można tego nie rozumieć? Jak się potem dziwić, że jesteś taki prostomyślny. I pomyśleć, że mogłam wyjść za jakąś gwiazdę rocka. Nie, za gwiazdę rocka nie mogłam, bo wtedy nie było rocka, ale za gwiazdę filmową mogłam. Mówiłam ci przecież, że parę takich gwiazd łapało na mnie oczami. Mogłam też związać swe losy z karierą akademicką, mogłam wyjść za artystę. Właśnie! Wyobrażasz sobie? Nasz dom byłby wówczas podwójnie artystyczny. Bylibyśmy sławnym małżeństwem, jak, nie wiem, jak państwo Gucwińscy albo jak Sartre, wiesz, że się w nim kochałam, szkoda, że nie urodziłam się we Francji, on na pewno zakochałby się we mnie. Jak się nazywała ta jego poławiaczka?
- Wyobrażam sobie ..., Kleopatro.
- Nie przerywaj, proszę. Chcę zaprosić premiera, by przybył i zjadł z nami posiłek.
- Z nami? - wyrwało mi się bez sensu.
- A z kim? Sartre przecież nie przyjedzie.
- Ja nie żałuję, on, on ...- nie zdołałem dokończyć, po prawdzie nie wiedząc, jak dokończyć.
- Ty zazdrośniku! Zaprosimy premiera na podwieczorek, najlepiej na tego okloka, bo na obiady zaprasza go każdy, a ja w końcu jestem artystką, nieprawdaż?
- Oczywiście, Heleno. O tym wie pół Polski - w język ugryzłem się dopiero po wypowiedzeniu tych słów, ale na szczęście żonie tym razem zabrakło refleksu.
- Kto to widział, żeby premiera zapraszali tylko ci, którzy czegoś od niego chcą, albo ci, którzy mają jakieś durnowate pytania, albo jego przeciwnicy. Ja zaproszę premiera, bo jestem nim, jak dobrze wiesz, zafascynowana.
- Wiem, wiem, ja też jestem, ale o czym będziemy z nim rozmawiać, skoro nie chcesz go o nic pytać?
- Mam nadzieję, że weźmiesz wyłącznie bierny udział w tej rozmowie. Z oczywistych względów. Ja będę z premierem rozmawiać artystycznie. Premier napisał kilka książek, ma tak ujmujący sposób bycia i tak zniewalającą wiedzę o świecie i Polsce, że na pewno nie zabraknie nam tematów do rozmów.
- O to jestem spokojny. Zastanawiam się tylko, czy premier zechce nas odwiedzić. Ostatecznie jest najbardziej zajętą osobą w kraju, a może nie tylko w kraju, może po prostu nie znaleźć dla nas, dla ciebie, Kleopatro, czasu.
- O tym również pomyślałam. Wysłałam premierowi mój ostatni tomik, ten, nad którym tak się rozpływałeś. Było mi miło, dodam dla ścisłości, chociaż wiadomo, że twoja wiedza o poezji i twój gust pozostawiają wiele do życzenia. Po przeczytaniu tych strof premier, zapewniam cię, przyjedzie, choćby miał odwołać spotkanie na szczycie, jakimkolwiek szczycie. Poza tym, skoro ... Widzisz! Nauczyłam się tego nieznośnego słowa od ciebie. Najlepiej będzie, jeśli będziesz w ogóle mniej mówić, bo wpływasz destrukcyjnie na moje słowotwórstwo. Premier zagląda do wszystkich, zagląda jak idealny gospodarz, co tam gospodarz, jak ojciec narodu, na pewno i nam nie odmówi. Nam, zatwardziałym zwolennikom partii. Premier nas wszystkich kocha, skoro nas odwiedza, a nas, mnie i ciebie, nas, fanów, kocha tym bardziej. No, i co robisz z tymi oczkami, skanfanduło?! Przecież nie przyjmę premiera bez pończoch?! I w dodatku pokażą nas w telewizji. Premier robi to dla ludzi, by ich dowartościować. Godnie zaprezentuję się przed kamerami, zawsze czułam, że kamera mnie uwielbia, że mnie poszukuje. To teraz mnie wreszcie znajdzie. Ale ty kamery unikaj. Jesteś kochany, ale nie ma co ukrywać, wyglądasz mało telewizyjnie. A zresztą w razie potrzeby nasi wspaniali dziennikarze czy kamerzyści cię wytną albo pokażą za mgłą. Mgłą niewiedzy - tu nastąpił wybuch śmiechu.
Nie odrywając oczu od oczek, zaśmiałem się również.



Komentarze
Pokaż komentarze (43)