Długo nie pozwalało mi to spać. Najpierw podszedłem do tego zwyczajnie, tzn. machnąłem ręką. Potem na mojej niezbyt wyrazistej twarzy zagościł uśmiech. Krótko. Widać nie jestem dobrym gospodarzem. Refleksja (czy to pochodzi od słowa refleks?) przyszła późno. Przyszła i spędziła sen z powiek. Trudno uznać to za wyrażenie oryginalne, ale nic nie poradzę. Z czoła mi niczego nie spędziła. A jeśli - jąłem (a dlaczego miałbym nie jąć?) się myśleć - a jeśli Lech Wałęsa i tym razem się nie myli? Bo on, jak z zapamiętaniem twierdzi, nie myli się nigdy.
Jestem umysłem ścisłym, humanistyczne głupoty mnie nie pociągają (wolę liczyć, miast pisać), zacząłem więc, posługując się szeroką, że nieskromnie dodam, wiedzą matematyczną, rozważać wszelkie możliwości. Omal, przy okazji, nie obaliłem paru istniejących teoryj i definicyj (znani blogerzy nawiązują do maniery różnych znakomitości, ja też postanowiłem nawiązać), w końcu zostawiłem je w spokoju, bo z innego powodu zacząłem myśleć, ale wymyśliłem.
Jeśli się pomyliłem, nie przepraszam. Teraz każdy się myli, nikt nie przeprasza.
Lecha Wałęsę chciano zastąpić sobowtórem. Nie udało się tylko dlatego, że Lech Wałęsa, jak zakładam, odpowiedział kontrgambitem. Postanowił być niesobowtóralny. Wielkie pomysły są na ogół pomysłami bardzo prostymi, dlatego tak niewielu na nie wpada. Lech Wałęsa postanowił używać znaku rozpoznawczego. Za czasów Klossa był to kwiat w butonierce. Kwiatem w butonierce Lech Wałęsa, z oczywistych względów, posłużyć się nie mógł. Posłużył się długopisem. Tym sławnym jak buty Kaliguli długopisem. Sobowtórotwórcy zostali obezwładnieni. Mieli Parkera, Miksera, Mazaka i Pisaka, kaliguli Lecha Wałęsy nie mieli. Na szczęście. Na całe szczęście.
Potem (tak zakładam, teoretyk może się mylić, praktyk nie może) nastąpiły dwie riposty. Siły ciemności zamieniły Biedermeierów gołąbkami pokoju, a siły jasności skonstruowały prawdziwe V3. Podmieniły generałów, zastępując ich pacyfistami. Na szczęście. Na całe szczęście. Tym szczęściem upajamy się do dziś.
Ba, gdybyż tylko o takie sobowtórstwo chodziło. Niestety, nie ma tajemnic perpetuomobilnych. Nikomu się nie śniło, że ogień kiedykolwiek może być powszechnie dostępny, nikomu, a Prometeuszowi się przyśniło. Od tego czasu obok ognia każdy ma swoją pandorę. No, może nie każdy, ale ja mam. Mogło jednak być nieco inaczej, moja analityczna uczciwość każe (a może karze, kto to wie?) mi o tym wspomnieć. Może Prometeusz nie był Prometeuszem, może był sobowtórem Prometeusza? Wówczas musielibyśmy stwierdzić, że praojcem sztuki podstawiania był Zeus. Albo ta tajemnica sięga jeszcze głębiej. Może nie Zeus, tylko Dzeus. Tak popada się w obłęd, wróćmy zatem do współczesności.
I kończą się żarty. A jeśli (w tym kontekście brzmi to jak wspomnienie Sansona, czytelnicy o słabszych nerwach mogą sobie wspomnieć Samsona) pandorę z sobowtórami otworzył prezes? Oczywiście, przypadkiem, ale nie o to w tej chwili chodzi. Jeśli on, ten prezes, rzecz jasna, zamienił premiera? Ta myśl, gdy przyszła do głowy, pozbawiła mnie przytomności. Jeśli nie rządzi nami premier, ale jego sobowtór? Premierowi wszystko się udawało. Dlaczego mu się udawało, nie będę wyjaśniać, naklawiszowałem się o tym wystarczająco. Teraz zamiast palców klawiszuję patyczkiem. Premierowi nic ostatnio nie wychodzi, nawet koszula ze spodni. Coś w tym musi, do jasnej cholery, być. A jeśli prezes pozamieniał również inne postaci? Jeśli zamienił nam rzecznika Grasia? Nie, tego nie mógł nam zrobić! Tego nie mógłby zrobić nawet ktoś tak demoniczny jak prezes. Jedyną pociechą jest to, że prezes NA PEWNO nie zamienił posła (swoją drogą, szkoda, że tylko posła) Niesiołowskiego. Nie dlatego, żeby nie chciał tego zrobić, oj, chciałby, ale nie byłby w stanie znaleźć odpowiedniego sobowtóra.
Rodacy, trzymajcie kciuki, żeby się okazało, że gdzieś w moim rozumowaniu tkwi błąd. W przeciwnym razie wszyscy jesteśmy zgubieni.
Kończę nutą osobisto-elegijną. Dlaczego nikt mojej prozy nie porównuje z prozą Jerzego Pilcha? Rozumiem, że nie porównuje się jej z prozą Iwaszkiewicza, ale gdyby tak ktoś stwierdził, że piszę prawie jak Pilch, byłbym bardziej pewny siebie.
Moje felietony nadal nigdzie się nie ukazują. I proszę się nie łudzić, że kiedykolwiek będą. Natomiast próbowałem napisać książkę, by ją zareklamować na blogu, a następnie sprzedawać spod lady, ale nie napisałem, więc jej nie reklamuję. Książkę napisała moja żona. Jej książka nie potrzebuje reklamy. Ta kobieta urodziła się w czepku. Ciekawe, jak wtedy wyglądała?



Komentarze
Pokaż komentarze (281)