Wracam i cóż widzę? Sromotę widzę. Upadek obyczajów większy od upadków Bunga (śliniących się uspokajam - nie ma to nic wspólnego z byłym premierem Włoch). Premier, człek spokojny i kochający ludzi, wszystkich ludzi, którzy wyglądają na ludzi, znów jest obiektem polowania. Jakby był lisem. I jest to klasyczne polowanie z nagonką. Jak w "Misiu". Bo u nas wszystko jest jak w "Misiu". A skoro tak, wszystkie chwyty są dozwolone. Jak nie Grasiem premiera, to Muchą. A premier? Premier nie ucieka, nie kluczy, nie kluczy, bo nie jest Gerwazym, stoi wyprostowany. Jak Cambronne. I jak Cambronne, z Cambronnowskim akcentem, mówi: merde!
Nie można premiera upolować politycznie, bo rządzi politycznie, poluje się na niego rodzinnie. A, brzydko, a, fuj! Bije się w młode piersi syn premiera, bije się w ojcowskie piersi premier (ale z godnością), a tłuszcza, czyli kłusownicy, bo to wszak nie są prawdziwi myśliwi, szczują dalej. Syn premiera mówi, że jest debilem. Kto chce, niech wierzy. Dlaczego jednak nikomu nie przyszło do głowy, że syn premiera nie wie, co mówi? Nie dlatego, że jest debilem, rzecz jasna, ale dlatego, że może nie znać prawdy.
A kto nam zaręczy, że nie chodziło o hipnozę? Kto nam zaręczy, że sławny hipnotyzer polskiej sceny politycznej, którego wzrok mógłby ożywić śpiących rycerzy, nie zahipnotyzował syna premiera? Po to tylko, by premierowi zaszkodzić.
Pojawiają się jeszcze straszniejsze głosy. Dlaczego, mówią te głosy, syn premiera nie był pod kuratelą służb. To są głosy z ciemności, a my wszak nie chcemy, by ciemności kryły ziemię, ziemię, planetę ludzi. Głosy! Zapamiętajcie sobie, że premier nie po to walczył ze swawolą służb, by teraz zniewolić syna. Jakimż byłby ojcem?! Zadżumionym.
Dramat jest tym większy, bo do gry włączyli się dziennikarze. Dziennikarze, którzy powinni stać na straży porządku społecznego. Dziennikarze, którzy powinni odróżniać polityków złych od polityków dobrych. Polityków złych, co tłumaczy się samo przez się, można a nawet trzeba piętnować. Wszelkimi dostępnymi sposobami. Ale od polityków dobrych wara. Im trzeba pomagać, zawsze i bez wytchnienia, bo możemy ich stracić, bo gdy odejdą, przyjdą politycy źli. A zło czai się wszędzie. Skąd o tym wiem? Mówiono mi, dobrze, mówił mi Feliks Kon, że takie będzie młodzieży pisanie, jak dziennikarzy bajanie. Co? Że głupio mówił? I co z tego. Przecież ja tylko powtarzam. Ja nie jestem Kon.
A morał? O... się od premiera.
Ten tekst wypadł jakoś tak kiepsko intelektualnie, więc dodam na zakończenie, że w Wiedniu znajduje się Hofburg (chyba, że coś poplątałem). I ten Hofburg jest piękny.
Wścibskim odpowiadam, uprzedzając ich pytanie: skoro nie pisałem o swojej żonie, musiałem chociaż w tytule napisać o żonie kogoś innego. Taki już jestem.



Komentarze
Pokaż komentarze (63)