Jakiś taki zrobiłem się nieswój. Nietwój nie byłem nigdy. Krążę wokół stołu i ronię łzy. Nie mogę inaczej. Jeszcze nie tak dawno podskakiwałem z radości. Wszystko rosło. Mnie akurat nie rosło, ale nie jestem samolubem. Wszystlko rosło. Nasza zielona wyspa rosła, sukcesy, w tym sportowe, rosły, autostrady rosły, apetyty rosły, słupki poparcia rosły, humor członków naszej partii rósł, partia rosła, rosła moja ukochana Dulcynea, która przepowiadała krach zaścianka i wielki boom (a może bum? nie wiem, ona bywa mało precyzyjna) rządu i partii, naszej partii. Premier też boomał. Boomałem i ja.
I rozboomałem się. "Wielka oręż", jak rzekł był dziś prezydent do Polonusów, którzy z jego przemówienia zrozumieli zapewne to samo, co ja, czyli nic, okazała się "małą orążą". Grunt zaczyna nam się usuwać spod nóg. Mnie się wprawdzie nie usuwa, bo nigdy twardo na tym gruncie nie stałem, ale nigdy też nie myślałem o sobie. Jak premier, rząd i partia myślałem wyłącznie o Polsce (czasami o Dulcynei, ale nikt nie jest doskonały). O Polsce! A cóż na to ta Polska? Ta Polska okazuje się być niewdzięcznicą.
Podobno jacyś tam bliżsi i dalsi krewni ludzi partii i partii pokrewnych dostali pracę w intratnych spółkach, spółeczkach, kółkach i kółeczkach. I co z tego? - pytam. Czy to grzech pomagać bliźnim? Jeśli ludzie partii pomagają nam, ludziom partii, dlaczego mają nie pomagać krewnym? Przecież brak dbałości o krewnych jest tak bardzo nieludzki! Komu zresztą to szkodzi? Zdrowy rozsądek podpowiada, że krewni ludzi partii są, bo mają to w genach, tak samo utalentowani, jak ludzie partii. Jeśli oni sprawdzają się na każdym kroku, a przecież się sprawdzają, to i krewni będą się sprawdzać. Zamiast to docenić, jak doceniano dotychczas, zaczęto to wytykać. Ludziom partii.
Na razie delikatnie, ale nie można wykluczyć (albo bardziej po polsku - wyłączyć), że któregoś dnia, jeśli tych dni będzie wystarczająco dużo, zacznie się prawdziwa nagonka. Może się przecież okazać, że co kilka minut w telewizji rozpoczną się drapieżne potępienia. Głos zabiorą powszechnie uznane autorytety, ot, światowej sławy reżyser, francuskiej sławy aktor, samosławy pisarz, quasi (intelektualiści czytają to: kłazi, aqua czytają akła, kupa czytają kłupa) satyryk, wokalistka z pieskiem, wokalista z kotem (w głowie), telewizyjna babcia-idiotka. A potem jak z rozdzielnika: taksówkarz, pani sklepowa (nie mylić z bufetową), babcia klozetowa (choć to bardzo pożyteczne zajęcie, o czym każdy może się od czasu do czasu przekonać na własnej skórze), uczniowie, dzieci przedszkolne i dzieci przedprzedszkolne. Horrrendum! Tak jednak może się stać, bo ludzie nie znają wdzięczności.
Na domiar złego opozycja (cała opozycja!) głośno oskarża rząd o nieudolność. I to jest dopiero skandal! Inna rzecz, jak doskonale wychwyciła to swym błyskotliwym intelektem była minister (ministra, ministera, ministura?) Julia Pitera, rząd ponosi winę, bo zawodzi polityka informacyjna. A skoro zawodzi, lud nic nie wie o wielu sukcesach rządu. Tym bardziej o tytanicznej pracy, jaką wykonuje. Pełna zgoda, pani Julio, a to oznacza - Graś do ... (zawsze raziła mnie dosłowność), Pitera do rządu, to znaczy do mikrofonu. Na stałe.
Cała nadzieja w premierze, w Piterze i w twitterze. Jeszcze partia nie zginęła!



Komentarze
Pokaż komentarze (77)