capa capa
443
BLOG

Okrągły stół. Onirycznie

capa capa Polityka Obserwuj notkę 29

Zwykle nic mi się nie śni. To typowe dla ludzi przyziemnych. Kiedyś bardzo to przeżywałem, bo chciałem być nadziemnym człowiekiem, ale z wiekiem (nic na to nie poradzę, Mickiewiczem nie jestem) mi przeszło. Pogodziłem się. Wczoraj jednak nieoczekiwanie miałem sen. Może dlatego, że zaprzyjaźniłem się z Marią Dunin? Mniejsza z tym. Miałem sen. Czyżby to oznaczało, że robię się bardziej nadziemny? Mniejsza z tym.

Bezkresne połacie Tabasco, na krzakach rozmarynu o kształcie pomnika "Chwały Burundi" siedziały stada szczurów podobnych do pewnej gadatliwej pani polityk ... Budzę się - powiedziałem na głos przez sen - koszmarów mam w nadmiarze na jawie. Nie zdołałem dokończyć zdania, gdy znalazłem się na filigranowych barkach Dulcynei, która gnała jak struś Pędziwiatr, ihahahając. Dowiozła mnie do potężnego, uśmiechniętego zamczyska. Przed bramą stał człowiek w uszance na głowie i odgarniał śnieg. W sierpniu? - pomyślałem. Zresztą, co kraj, to obyczaj. Sam poczułem na głowie rycerski szłom a pod nosem rycerski wąs. Miałem katar, więc pewnie nie wyglądałem zanadto zalotnie. Po paru krokach, choć zdawało się, że frunę, w dłoni poczułem miecz. Dziwny, piękny, potężny a przy tym niezwykle lekki. I połyskliwy. 

Złapał mnie jakiś kurcz, przewróciłem się na drugi bok i zanim zdołałem chrapnąć, znalazłem się w ogromnej sali, w której wszędzie rosła równo przycięta trawa i stały prostokątne, składające się z trzech elementów konstrukcje. Gdzie jestem - chciałem zapytać, ale zmysły ogłuszył mi przeraźliwy gwizd. Po chwili ujrzałem pokaźny, okrągły stół stojący w środku sali. Wąsami przetarłem oczy. Donnerwetter, zakląłem po europejsku. 

- Z czym do nas przybywasz rycerzu? 

- Panie - nagle doznałem olśnienia. Panie, tyś Artur. Tyś mąż, którego sławią narody postronne, tyś laureat wszystkich podwiązek, kantów i adenauerów. Chwała ci, ozdobo Camelotu, cześć ci, słońce Brytów.

- Samolotu? Głupi czy w kominarce? - zapytał giermek w uszance, który w niespodziewany sposób znalazł się za plecami siedzącego króla.

- Camelotu, bałwanie - odpowiedziała Merlina (skąd wiedziałem, że to jest Merlina, i dlaczego Merlina a nie Zefrina?), która wyłoniła się z sąsiedniej komnaty z mifrofonem w dłoni, kamerą przytwierdzoną do szyi, okiem skierowaną na jej oko. I zaczęła mówić z szybkością wypuszczonej strzały. Byłoby rozpadło się sklepienie zamku, gdyby nie zachwycająco szybka reakcja jednego z okrągłostołowych rycerzy o nosie jeszcze bardziej zjawiskowym niż nos Morgany. Teraz okazała się Morganą. Wolałbym, żeby była Fatamorganą. Obezwładnił ją bezszelestnym cioskiem, bardzo przy okrągłym stole popularnym i użytecznym.

- Panie - znów doszedłem do głosu. Przybyłem tu, by podarować ci Graala, któregom znalazł ...

- Grala nam do nieczego nie jest potrzebny, przepędziliśmy go już dawno - przerwał mi rycerz, którego twarz przypominała rybę. Obawiam się, że nie tylko twarz.

- Głupi bałwan - krzyknął Artur, waląc pięścią w stół.

Menażeria, przyszło mi do głowy, zwłaszcza że i pozostali rycerze wyglądali dość dziwacznie. Jeden łysy, drugi z głupim uśmieszkiem wycierający głową pajęczyny zwisające z sufitu, trzeci, ascetyczny, zbierał niewidoczne drobinki kurzu z królewskiego płaszcza, pozostali jeszcze gorsi.

- Graala weźmiemy. Nie dla siebie, dla pomnożenia dobrobytu naszego umiłowanego narodu. Kto idzie z narodem, temu naród daje, gdzie pieprz rośnie, tam nie piecze się kasztanów ...

- Marlowe, jak pragnę zdrowia, tyś Marlowe, panie - przerwał mu najrozsądniej wyglądający rycerz w szaliku. W szaliku, bo zamki są chłodne, a na zewnątrz, przypominam, leżał śnieg.

- Nie Marlowe, wolę Bonda, ale doceniam dobre chęci - król na to. Wszystko dla narodu, wędrowcze. Ten biedny naród terroryzowany był przez strasznego smoka czy bazyliszka ...

- Tego wstrętnego, haniebnego, zajadłego, kłamliwego, bez krzty honoru i talentu - zza kotary wyskoczył Poloniusz, ale to było tylko złudzenie. To nie był Poloniusz.

- Dajcie mu bromu - warknął Artur. Lud mój znosił potworne znoje w szponach tego potwora, który pożerał wszystko. Jak leci. I niszczył naszą ukochaną wyspę. A ja tymi rękoma przepędziłem gada. Siedzi teraz w smoczej jamie i obmyśla nowe zamachy stanu, ale Merlin, mój ukochany Merlin, do żadnych zamachów nie dopuści. A mnie lud wielbi, bo wie, że nie wyglądam jak smok, kocham go, nie owijam w bawełnę, w wełnę też nie owijam, czasami w celofan, ale to tak bardziej z nudów, i jestem tyranem pracy.

- Tytanem - znów odezwał się szalik.

- Tytanem też jestem.

Właśnie naciągałem kołdrę na głowę, gdy patrzę, a przy mnie leży Maria Dunin. Przetarłem oczy, nie, to nie Maria, to leży pałuba, a sławny reżyser obsadza mnie w roli ... Obudziłem się. Poza mną w łóżku nie było nikogo. Żona jest na placówce. Nie ze Ślimakiem, sama jest. Przetarłem oczy, nos (wąsów nie było) i radośnie się zaśmiałem. Jakież to szczęście, że nami rządzi inna władza, lepsza, najlepsza, wspaniała. Śniadania znów nie zjem, ale tak jest, podobno, zdrowiej.       

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Polityka