Zwykle nic mi się nie śni. To typowe dla ludzi przyziemnych. Kiedyś bardzo to przeżywałem, bo chciałem być nadziemnym człowiekiem, ale z wiekiem (nic na to nie poradzę, Mickiewiczem nie jestem) mi przeszło. Pogodziłem się. Wczoraj jednak nieoczekiwanie miałem sen. Może dlatego, że zaprzyjaźniłem się z Marią Dunin? Mniejsza z tym. Miałem sen. Czyżby to oznaczało, że robię się bardziej nadziemny? Mniejsza z tym.
Bezkresne połacie Tabasco, na krzakach rozmarynu o kształcie pomnika "Chwały Burundi" siedziały stada szczurów podobnych do pewnej gadatliwej pani polityk ... Budzę się - powiedziałem na głos przez sen - koszmarów mam w nadmiarze na jawie. Nie zdołałem dokończyć zdania, gdy znalazłem się na filigranowych barkach Dulcynei, która gnała jak struś Pędziwiatr, ihahahając. Dowiozła mnie do potężnego, uśmiechniętego zamczyska. Przed bramą stał człowiek w uszance na głowie i odgarniał śnieg. W sierpniu? - pomyślałem. Zresztą, co kraj, to obyczaj. Sam poczułem na głowie rycerski szłom a pod nosem rycerski wąs. Miałem katar, więc pewnie nie wyglądałem zanadto zalotnie. Po paru krokach, choć zdawało się, że frunę, w dłoni poczułem miecz. Dziwny, piękny, potężny a przy tym niezwykle lekki. I połyskliwy.
Złapał mnie jakiś kurcz, przewróciłem się na drugi bok i zanim zdołałem chrapnąć, znalazłem się w ogromnej sali, w której wszędzie rosła równo przycięta trawa i stały prostokątne, składające się z trzech elementów konstrukcje. Gdzie jestem - chciałem zapytać, ale zmysły ogłuszył mi przeraźliwy gwizd. Po chwili ujrzałem pokaźny, okrągły stół stojący w środku sali. Wąsami przetarłem oczy. Donnerwetter, zakląłem po europejsku.
- Z czym do nas przybywasz rycerzu?
- Panie - nagle doznałem olśnienia. Panie, tyś Artur. Tyś mąż, którego sławią narody postronne, tyś laureat wszystkich podwiązek, kantów i adenauerów. Chwała ci, ozdobo Camelotu, cześć ci, słońce Brytów.
- Samolotu? Głupi czy w kominarce? - zapytał giermek w uszance, który w niespodziewany sposób znalazł się za plecami siedzącego króla.
- Camelotu, bałwanie - odpowiedziała Merlina (skąd wiedziałem, że to jest Merlina, i dlaczego Merlina a nie Zefrina?), która wyłoniła się z sąsiedniej komnaty z mifrofonem w dłoni, kamerą przytwierdzoną do szyi, okiem skierowaną na jej oko. I zaczęła mówić z szybkością wypuszczonej strzały. Byłoby rozpadło się sklepienie zamku, gdyby nie zachwycająco szybka reakcja jednego z okrągłostołowych rycerzy o nosie jeszcze bardziej zjawiskowym niż nos Morgany. Teraz okazała się Morganą. Wolałbym, żeby była Fatamorganą. Obezwładnił ją bezszelestnym cioskiem, bardzo przy okrągłym stole popularnym i użytecznym.
- Panie - znów doszedłem do głosu. Przybyłem tu, by podarować ci Graala, któregom znalazł ...
- Grala nam do nieczego nie jest potrzebny, przepędziliśmy go już dawno - przerwał mi rycerz, którego twarz przypominała rybę. Obawiam się, że nie tylko twarz.
- Głupi bałwan - krzyknął Artur, waląc pięścią w stół.
Menażeria, przyszło mi do głowy, zwłaszcza że i pozostali rycerze wyglądali dość dziwacznie. Jeden łysy, drugi z głupim uśmieszkiem wycierający głową pajęczyny zwisające z sufitu, trzeci, ascetyczny, zbierał niewidoczne drobinki kurzu z królewskiego płaszcza, pozostali jeszcze gorsi.
- Graala weźmiemy. Nie dla siebie, dla pomnożenia dobrobytu naszego umiłowanego narodu. Kto idzie z narodem, temu naród daje, gdzie pieprz rośnie, tam nie piecze się kasztanów ...
- Marlowe, jak pragnę zdrowia, tyś Marlowe, panie - przerwał mu najrozsądniej wyglądający rycerz w szaliku. W szaliku, bo zamki są chłodne, a na zewnątrz, przypominam, leżał śnieg.
- Nie Marlowe, wolę Bonda, ale doceniam dobre chęci - król na to. Wszystko dla narodu, wędrowcze. Ten biedny naród terroryzowany był przez strasznego smoka czy bazyliszka ...
- Tego wstrętnego, haniebnego, zajadłego, kłamliwego, bez krzty honoru i talentu - zza kotary wyskoczył Poloniusz, ale to było tylko złudzenie. To nie był Poloniusz.
- Dajcie mu bromu - warknął Artur. Lud mój znosił potworne znoje w szponach tego potwora, który pożerał wszystko. Jak leci. I niszczył naszą ukochaną wyspę. A ja tymi rękoma przepędziłem gada. Siedzi teraz w smoczej jamie i obmyśla nowe zamachy stanu, ale Merlin, mój ukochany Merlin, do żadnych zamachów nie dopuści. A mnie lud wielbi, bo wie, że nie wyglądam jak smok, kocham go, nie owijam w bawełnę, w wełnę też nie owijam, czasami w celofan, ale to tak bardziej z nudów, i jestem tyranem pracy.
- Tytanem - znów odezwał się szalik.
- Tytanem też jestem.
Właśnie naciągałem kołdrę na głowę, gdy patrzę, a przy mnie leży Maria Dunin. Przetarłem oczy, nie, to nie Maria, to leży pałuba, a sławny reżyser obsadza mnie w roli ... Obudziłem się. Poza mną w łóżku nie było nikogo. Żona jest na placówce. Nie ze Ślimakiem, sama jest. Przetarłem oczy, nos (wąsów nie było) i radośnie się zaśmiałem. Jakież to szczęście, że nami rządzi inna władza, lepsza, najlepsza, wspaniała. Śniadania znów nie zjem, ale tak jest, podobno, zdrowiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (29)