Piszę, bo jestem zbulwersowany. W przeciwnym razie bym nie pisał, bo nie mam o czym. Piszę krótko, bo nie lubię się męczyć, zresztą zmęczenia nikt w tym kraju nie docenia.
Sprawa pierwsza. Sędzia Milewski. Miłe, dodajmy bez związku z czymkolwiek, nazwisko. Biedny, oddany sprawie człowiek. Rozumiem, chociaż nie aprobuję, że atakuje go opozycja. Każdy wie, jaka ona jest, ta opozycja. Nie rozumiem jednak, dlaczego do nagonki przyłączają się dziennikarze. A w każdym razie M. Olejnik, która wręcz stwierdza, że "usłużny" sędzia powinien stracić stanowisko. A "usłużny" dziennikarz, ciśnie się na usta? Wszak jesteśmy państwem równych szans, równych praw, równych obowiązków. W ogóle jesteśmy równym państwem. Równym, czyli "w dechę".
Sędzia Milewski mówi, że jego rozmowę zmanipulowano. Sędzia Milewski nie może być sędzią we własnej sprawie (a może może?). Gdyby więc chodziło o jego opinię, byłbym sceptyczny, choć sędzia Milewski tak uroczo się prezentuje. Nie mogę jednak zostać niewolnikiem sceptycyzmu, gdy sędziego Milewskiego broni prokurator Kaczmarek, Janusz Kaczmarek. Janusz Kaczmarek, ten nasz nieszczęsny Dreyfus (sławna rola Herberta Loma), któremu czarna sotnia zwichnęła błyskotliwą karierę. Albo więc sędzia Milewski nie uczynił niczego zdrożnego, albo (o czym być może jeszcze usłyszymy) prowokatorzy rozmawiali nie z sędzią Milewskim, ale z prowokatorem. Jeśli prowokatorzy rozmawiali z sędzią Milewskim, sędzia Milewski, prezes-sędzia, okazał się wyłącznie sędzią z wielką kindersztubą. Cóż bowiem uczynił sędzia Milewski? Po prostu bardzo kulturalnie rozmawiał z człowiekiem władzy. Innej władzy. Jak równy z równym. Pada nazwisko Arabski, wspominany jest premier rządu, co sędzia Milewski miał uczynić? Rzucić słuchawką? Rzec: "Idź do diabła"? "Kładę areszt na waszeci" - odpowiedzieć po chwili kurtuazyjnego milczenia? Przecież na podobny telefon nawet w Timbuktu prześcigano by się, kto ma podnieść słuchawkę. Co tam w Timbuktu. W Burundi dzień, w którym zadzwonił telefon z kancelarii naszego premiera, ustanowiono by najważniejszym świętem narodowym. Teraz druga możliwość. A jeśli to nie sędzia Milewski rozmawiał, ale jakiś człowiek w kominiarce? Po co? A po co rozmawiali prowokatorzy?
Całe szczęście, że prowokatorzy zostaną przykładnie ukarani. Bo prowokować można, to rzecz oczywista, ale trzeba wiedzieć, kiedy to czynić wolno i wypada, a kiedy czynić tego nie uchodzi.
Kwestia następna. Czy premier, nasz premier, powinien otrzymać odpowiedzialne, eksponowane, dyktatorskie stanowisko europejskie? Na tak postawione pytanie odpowiadam: kategorycznie nie. Żadne ze stanowisk w obecnych strukturach europejskich nie odpowiada talentom naszego premiera. Nawet, gdyby został Mamamuszim (po angielsku brzmi to Mamma Mia), nawet, gdyby ustanowiono specjalnie dla niego urząd Big Chimney (po polsku, w wolnym tłumaczeniu znaczy to hetman koszowy), premier powinien odmówić. Z bardzo prostego powodu. Europa, choć przyznaję, że z trudem, bez naszego premiera sobie jakoś poradzi, my sobie jednak na pewno nie poradzimy. Nie zabierajcie nam premiera! Tak wszyscy powinniśmy krzyczeć na spontanicznie organizowanych demonstracjach.
Na koniec coś z życia, pożal się Boże, opozycji. Opozycja chce, po przeprowadzeniu wotum nieufności, które jest nie do przeprowadzenia, powołać nowego premiera. Ten pomysł jest tak absurdalny, że warto się przy nim na moment zatrzymać. Żeby uniknąć całkowitej kompromitacji, opozycja powinna przynajmniej zaproponować jakąś godną osobę. Długo się nad tym zastanawiałem, dochodząc do wniosku, że w grę mogą wchodzić wyłącznie (ale nie będę się przy tym "włącznie" upierał) dwie kandydatury. Kazimierz Marcinkiewicz, który - toutes proportions gardees - przypomina naszego premiera. Jest niezwykle wymowny, angielszczyzną mógłby zawstydzić Jacobiego, ma europejskie kontakty, a w Londynie zastanawiają się nawet, tak słyszałem, nad zmianą nazwy Soho na Yes, yes, yes, grał w piłkę, wprawdzie w sali gimnastycznej, ale to nie jego wina, wówczas nie mieliśmy jeszcze nieocenionych Orlików, itd. Środowiska twórcze nie odmówiłyby mu poparcia (pani Isabel jest wszak poetką), a być może zostałby również zaaprobowany, w końcu pokazywał się czy pokazał się w pewnym sławnym klubie, przez wpływowego posła Biedronia. A jeśli nie przez posła Biedronia, to przynajmniej przez inżyniera Mamonia. Jeszcze lepszym kandydatem byłby, śmiem twierdzić, pan Kaczmarek, Janusz Kaczmarek. Ten mógłby skupić wokół siebie wszystkich ludzi dobrej woli. A nawet ziemi i woli.
To napisałem ja, utopiony w niekończącej się szczęśliwości, Wasz sługa uniżony.



Komentarze
Pokaż komentarze (137)