Zewsząd dochodzą głosy, że w partii niebawem dojdzie do rozłamu. Mówią o tym młodzi i starsi, doświadczeni i zółtodzioby. Każdy z nich przywołuje jakieś własne uzasadnienie tej hiobowej wieści. Uzasadnień zebrało się tak wiele, że nie sposób ich wszystkich powtórzyć. Wybieram te, które zapamiętałem, te, które wywarły na mnie najbardziej piorunujące wrażenie.
Jedna z hipotez mówi o tym, że podział jest dla partii konieczny w obliczu nadchodzących wyborów. Partia podzieli się na dwie partie: PO i PO Frakcja Zwrotnic. Pierwsza będzie prezentować program bardziej zachowawczy, posługując się hasłem "Zachowamy wszystko, co mamy", druga program modernizacyjny z zapisanym na sztandarze: "Zachowamy wszystko, co mamy, i dodamy więcej". Podział, zdaniem zwolenników tej hipotezy, oparty został na diagnozie, według której słowa "Platforma Obywatelska" w magiczny czy magnetyczny sposób działają na wyborców. W tej sytuacji PO zdobędzie od 30 do 35% głosów, a PO Frakcja Zwrotnic od 20 do 25%. Poparcie 50-60% wyborców pozwoli obu tym partiom utworzyć rząd koalicyjny, który z kolei nam pozwoli żyć jeszcze lepiej i jeszcze dostatniej.
Inna hipoteza, spowinowacona z poprzednią, zakłada, że tąpnięcia wewnątrz partii mają charakter bardziej pryncypialny. Na czele opozycji stoi Antoni Mężydło, któremu marzy się POPiS, ale, co oczywiste, POPiS bez PiS-u. Podobno zamierza on wyprowadzić z partii pewną ilość, jak to zgrabnie określa Eska, szabel, by z ich pomocą wymusić na kierownictwie ustępstwa. Rzecz jasna, szable, żeby nie rzec - florety, wykorzystane zostaną wyłącznie symbolicznie. Odłączony od partii POPiS bez PiS-u (w skrócie: POPiSbezPiS), skruszywszy partyjny beton siłą elokwencji, przy czynnym udziale marszałka Borusewicza, powróci na łono partii. Powróci bez stanowisk, bo nie o stanowiska, ale o etos grupie POPiS-u bez PiS-u chodzi przede wszystkim.
Wytrawni komentatorzy polityczni zwracają uwagę na możliwość przeprowadzenia puczu albo póczu twitterów. Mówi się, że głowami tej wewnętrznej opozycji są ministrowie Sikorski i Graś lub Graś i Sikorski, jak kto woli. Popierając zasadniczą linię partii, mają wątpliwości, czy stosowane metody komunikacji partii z narodem są dostatecznie nowoczesne. Podobno zagrozili secesją (minister Graś zagroził podobo sanacją), jeśli partia i rząd nie zaczną się posługiwać in gremio twitterem. Mają oni ciche poparcie ministra Nowaka, który twierdzi, że jego resort najlepiej sprawdzałby się w twitterze, i ministry Muchy, ale pod warunkiem, że twitter zmieni nazwę na twitterka.
Słyszałem również, ale nie dam za to głowy, że odejściem z partii zagroziła poseł Śledzińska -Katarasińska. Admiratorzy teorii prawdziwie spiskowych wspominają o odejściu z gronem zwolenników, ale taktownie nie wymieniają nazwisk. Pani poseł miała postawić ultimatum: albo kierownictwo pozwoli jej na założenie, jeśli już nie spółdzielni, bo ta jest obsadzona, to przynajmniej jakiegoś ogródka działkowego w partii, albo w blasku kamer partię opuści. Groźniej brzmi ultimatum pani prezydent miasta stołecznego, twierdzą dobrze poinformowani. Groźniej dlatego, że w przeciwieństwie do innych opozycjonistów za nią stoi realna siła. Powiadają, że przy okazji budowy niteczki metra kazała zrobić podkopy pod całą Warszawą. Albo, miała rzec, premier pójdzie na stanowisko światowo-europejskie a ona na stanowisko premiera, albo podkopy runą.
Szepcze się również (ale dlaczego się szepcze?), że Grzegorz Schetyna wciąż liczy. Miejsca po przecinku. Ale jeśli się doliczy, to ... sza! Liczy też minister Gowin. Na co liczy minister Gowin? Tylko Bóg raczy wiedzieć.
Podobno jedynymi osobami w partii, które nie chcą rozłamu w partii, są premier i Stefan Niesiołowski.
Taki nasz los. Naród, miast pracować, plotkuje.



Komentarze
Pokaż komentarze (73)