capa capa
1039
BLOG

Janke, Szczurbiurowy, Coryllus - moje trzy grosze

capa capa Polityka Obserwuj notkę 96

Jeśli zdecydowałem się na dzisiejszą notkę, winę ponoszą osoby wymienione w tytule. Po przeczytaniu ich tekstów, nie mogłem sobie odmówić, rzecz jest bowiem na tyle ważna, że nie powinno się pominąć jej milczeniem. Dwa pierwsze teksty dotyczą rocznicy, ostatni dotyczy autora i przygodnie dwóch pozostałych tekstów.

Igor Janke mnie nie zaskoczył. Nie sądzę, by zaskoczył kogokolwiek. Napisał to, co pisze i mówi od dawna. Główna myśl sprowadza się do stwierdzenia, że wszyscy musimy "mozolnie budować silne państwo". Niby niegroźny frazes, jakich pełno wokół, frazes, nad którym nie ma potrzeby dłużej się zatrzymywać. Frazes ten jednak prowadzi autora do bardziej wyrafinowanej myśli. Nim ją jednak odczytamy, pisze Janke, że "prawdziwą odnowę" zapewni "aktywność obywatelska". Każdy "powinien" (a jakże - "we własnym mieście, firmie, uczelni, instytucji") włączyć się, by budować swój własny "kawałek państwa, wspólnoty". Tak, wiemy to, wiemy od ponad dwudziestu lat. Nic z tej wiedzy nie wynika, bo nic z niej wynikać nie może. Swoją drogą ciekaw jestem, jak wyobraża sobie Janke budowę "kawałka państwa" na uczelni albo w firmie. To są słowa, które nic nie kosztują. Nie uprzedzajmy jednak wypadków, jak mawiano w telewizyjnych bajkach dla dorosłych. Gdy już wybudujemy te nasze "kawałki państwa", "silny ambitny przywódca" zacznie "wzmacniać państwo od góry". Daj mu, Panie Boże! Zwłaszcza że to ponownie jedynie banał, trochę groźniejszy od poprzedniego, ale wyłącznie banał. Te pozornie niezobowiązujące opinie dochodzą w końcu do sedna. Pisze bowiem Janke: "Ale sam z siebie się [ten przywódca] nie pojawi". Musimy mu stworzyć warunki. "My obywatele". I tu jest, jak się domyślam, pies pogrzebany. W tej niewinnie brzmiącej tyradzie słyszę echo "trzeciej siły", która zapewni pojawienie się idealnego czy tylko dostatecznie dobrego - to nie ma znaczenia - przywódcy. "Trzecia siła" w Burundi czy gdziekolwiek indziej, proszę bardzo, to może być bardzo ożywcze. "Trzecia siła" u nas sprowadzać by się musiała do wyeliminowania drugiej, tak, by pozostały dwie. Dwie, ale inne od tych, które już są. Dwie, ale tak naprawdę tylko jedna. Ta jedyna. Czy dokonałem nadinterpretacji? Być może. Czy dużej nadinterpretacji? Nie sądzę. Kończy swój tekst Janke stwierdzeniem, że "musimy być wymagający wobec przywódców i siebie samych". "Z naciskiem na siebie". To ostatnie zabrzmiało nie tylko dwuznacznie, zabrzmiało złowieszczo. I przeciw temu stwierdzeniu trzeba zaprotestować w sposób zdecydowany. To my rozliczamy przywódców, nie przywódcy nas. To oni służą nam, nie my im. To od nich musimy wymagać dobrego rządzenia, nie oni od nas, byśmy się dawali z łatwością rządzić.

Tekst Szczurabiurowego jest, a chcę być uprzejmy, po prostu nieprzemyślany. Uderzając w wysokie tony, zapewne w dobrej intencji, bez wątpienia w nastroju rocznicowej zadumy, poplątał wszystko ze wszystkim i wszystko rozwodnił. Pisze autor, zwracając się do wszystkich: "Stanięcie w prawdzie, zdanie sobie sprawy z tego, że się zawiniło temu co się stało musiało być szokiem. Zawiniło?" Odpowiedź nie pozostawia wątpliwości - zawiniło się. Wyborcy L. Kaczyńskiego zawinili z powodu "oportunizmu i lęku", zawiedli, bo uważali, "że od tego jest polityk, żeby sobie poradzić", ulegli propagandzie, "ponieważ wyżarto im mózgi". Prezydent był wydany na "łup zuchwałej szajki medialnej, a my się temu przyglądaliśmy, i jedynie odważniejsi nieśmiało protestowali".  "Dlatego był możliwy Smoleńsk". "Bierność" społeczeństwa zadecydowała, "jako naród mamy na sumieniu ten grzech zaniechania obrony Prezydenta." Po przeczytaniu poczułem się zażenowany. Bicie się w piersi innych jest specjalnością pewnych kręgów i pewnej gazety. Mnie ono nie odpowiada również ze względów estetycznych. Poza tym tak naprawdę nie wiadomo, czego od tych, których tak mocno piersi maltretuje, autor wymagał. Powszechnego nieposłuszeństwa, rewolty, bojkotu? Ci, którzy popierali L. Kaczyńskiego, oddaliby na niego głos w nadchodzących wyborach, od pozostałych trudno było oczekiwać, żeby angażowali się w cokolwiek, co mogłoby mu sprzyjać, emocjonalnie.

Nie dziwię się więc, że poprzedni test doprowadził do szewskiej pasji Coryllusa. Do tego stopnia, że źle wpłynęło to na jego przekaz, również pod względem literackim. Bądźmy jednak sprawiedliwi, Coryllus tylko w szczegółach różni się od Szczurabiurowego. Ten ostatni nie mówi, kto nie zawiódł, Coryllus nie zamierza tego przemilczać. Nie zawiedli jedynie on, Toyah i Kamiuszek. Dobre i to! Szczurbiurowy zawiódł, bo pracował w PAP-ie, zawiedli inni, bo oczekiwali, że po 2005 r. będzie "karuzela stanowisk" i "będą znów mogli wpłynąć na sam środek basenu i tam wylegiwać się w słońu na wielkiej, gumowej, żółtej kaczce." Zawiodły zatem "elity polityczne prawicy", które do dziś umieją się wyłącznie "podniecać w grupie jakimiś dramatycznymi wydarzeniami'. Cóż, dziwię się nieco Coryllusowi, który - jak się wydaje - uznaje się za znawcę historii, że nie wie lub zapomniał o rzeczy podstawowej. Polityka, czy to się komuś podoba, czy nie, w gruncie rzeczy polega na "wylegiwaniu się na gumowej kaczce". Żeby daleko nie szukać, wystarczy przywołać przykład legionistów, ludzi Piłsudskiego. Dla dobra jakiejś sprawy można oddać życie i zdrowie, ale w zamian, po zwycięstwie, chce się podjadać konfitury, które gwarantuje władza. Co zresztą wcale nie musi oznaczać złych rządów. Są, oczywiście, wyjątki. Walery Sławek był takim wyjątkiem, ale to tylko wyjątki od reguły. Coryllus twierdzi również, że to, co politycy prawicy uznają za drogę wiodącą do sukcesu, jest ułudą. "Każda płacząca staruszka", "każda flaga, którą machamy", każdy film - wszystko to jedynie wzmacnia przeciwnika. Ja się z tym nie zgadzam, ale nie muszę mieć racji. To Coryllus powinien nas do swych racji przekonać. Próbuje. Twierdzi, że powinna być "misja". Oto, jak ją definiuje: "Polega mianowicie na stworzeniu w ukryciu takiej organizacji, która ujawniona w odpowiednim momencie odniesie sukces polityczny i korzystając z przysługujących sobie praw pozamiata po ludziach, którz zaśmiecili Polskę." Czytając to, ironicznie się uśmiechałem. W XXI w. stworzyć taką tajną organizację, której nikt nie wykryje, skoro nie było to możliwe tak naprawdę nawet w XIX w., to brzmi jak fantasmagoria. Na szczęście czytałem dalej. We fragmencie poświęconym "loży brin bram, brum" i Batoremu Coryllusowi tak dalece udało się ukryć sens tego, co chciał powiedzieć, że nieoczekiwanie uwierzyłem. Tak, jedyną osobą, która mogłaby stworzyć niewidzialną organizację, jest Coryllus. Trzymam za niego kciuki.     

capa
O mnie capa

"Jestem jak harfa eolska, która wyda kilka pięknych dźwięków, ale nie zagra żadnej pieśni."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (96)

Inne tematy w dziale Polityka