Gdyby w dawnych czasach znano słowo "Macierewicz", straszono by nim dzieci. "Kochanie, nie jedz szczawiu - mówiono by swojej pociesze - bo podlewał go Macierewicz." I dziecko, dziecko czasów zacofania, uciekałoby od tego szczawiu, jak niektórzy dzisiejszy politycy od odpowiedzialności. Uciekałoby, by zrywać mirabelki, ten wyśniony symbol powszechnego dobrobytu. Na dźwięk słowa "Macierewicz" Rzymianie wialiby spod Kartaginy w tempie naszego wzrostu gospodarczego, a zamiast imperium rzymskiego uczylibyśmy się z podręczników o niezniszczalnym imperium kartagińskim. Gdyby zamyślonemu Marksowi ktoś w odpowiedniej chwili szepnął do ucha: "Macierewicz", zmieniłby nazwisko na Mueller, zostałby zarozumiałym młynarzem, a wszyscy przez następne dekady mieliby święty spokój.
Co bystrzejszy Czytelnik dostrzegł z pewnością, że trzy przywołane przykłady nie odnoszą się do powszechnie znanego przysłowia, ale do powszechnej mobilizacji głów i serc, którą możemy obserwować w mediach.
Szaty na temat cyfry "trzy" rozdzierają dziennikarze, zwłaszcza ci, którzy na ogół mają trudności, by bez potknięć doliczyć do trzech, adwokaci, którzy wcześniej urolili sobie, że mogą być politykami, politycy, którzy, być może, niebawem będą musieli znaleźć inny sposób zarobkowania. Za chwil kilka usłyszymy znanych artystów, uczonych i mędrców, którzy bez szkody dla kogokolwiek mogliby się pozamieniać zawodami, i przeczytamy listy protestacyjne, które jakiś usłużny luter będzie przybijał do drzwi kościołów. Nie możemy również wykluczyć strajku dziatwy szkolnej, a w każdym razie poprzebieranych za nią niektórych rodziców. A co będzie, gdy na znak oburzenia prezydent miasta stołecznego ogłosi budowę kolejnych, kilkunastu nitek metra?
Wśród głosów zasługujących na szczególną uwagę zabrzmiał (bo jest głosem syrenim) głos - nie wiem, jak to napisać, by nie okazać się osobą wsteczną - posłanki, poślicy, poselnicy, posełkini, doprawdy jestem w kłopocie, Pitery. Julia Pitera, która niegdyś, niczym Eliot Ness w spódnicy, zdusiła w zarodku korupcję wśród opozycji, teraz, niczym sławni radzieccy psychiatrzy, odkryła schizofrenię bezobjawową u A. Macierewicza. Strach się bać. Nie mówię o politykach PiS-u, bo ci u pani Pitery nie mają szans. Jedyne, na co mogą liczyć, to nadzieja, że któryś z nich zostanie porównany do Cezara a nie do Kaliguli. Bać powinni się politycy partii. Któż bowiem jest w stanie zaręczyć, że pani Pitera, zdiagnozowawszy całą wrażą opozycję (nie zajmie jej to dużo czasu), tak się przyzwyczai do roli psychiatry, że nie będzie się mogła powstrzymać przed diagnozowaniem swoich partyjnych kolegów.
To może być gorsze od zniknięcia Atlantydy. Minister Sikorski może się okazać Posejdonem, minister Mucha chrabąszczem a poseł Niesiołowski Grekiem Zorbą. Co stanie się jednak, gdy pani Pitera, dla dobra nauki wyzbyta wszelkiego lęku, zechce posunąć się dalej? W trosce o to, co może się zdarzyć, podpowiadam kolegom partyjnym pani Pitery, by postarali się o wysłanie jej na placówkę dyplomatyczną. Najlepiej do Burundi.



Komentarze
Pokaż komentarze (67)