To, co teraz napiszę, musi pozostać najściślejszą tajemnicą. Wróg nie śpi! Musi pozostać najściślejszą tajemnicą, bo mowa będzie o tajemnicy, którą obdarzono najbardziej tajnym z tajnych kryptonimów w partii. Kryptonimem "Wunderwaffe". "Wunderwaffe" z numerkiem porządkowym, ale on jest jeszcze bardziej zakonspirowany od samej konspiracji, więc nie mogę go zdradzić. Nie, żebym nie chciał, po prostu nikt go nie zna.
Niecierpliwi zapytają, skąd o tym wiem. Wiem, ale nie mogę powiedzieć. I nie powiem. Musicie wierzyć na słowo, a słowo ma większe dla mnie znaczenie od treści.
Podobno (spuszczam nieco z tonu, bo nie jestem Zagłobą), podobno w partii zapanował popłoch porównywalny jedynie z popłochem podczas safari. To porównanie mnie za bardzo nie przekonuje, ale może dlatego, że nigdy w safari nie brałem udziału. Popłoch wywołały różnego rodzaju symptomy, o których nie ma powodu się rozpisywać. O jednej kwestii wspomnę, chociaż raz w życiu pozbywając się skromności: podobno przyczyniła się do tego również lektura mojej ostatniej notki. Kto nie chce, nie musi w to wierzyć, ja chcę, więc w to wierzę.
Przeczytano zatem, że gorzej już być nie może i nie na żarty przestraszono się marzeń red. Lisa. W najściślejszym gronie podjęto decyzję o zwołaniu sekretnego spotkania najbardziej wpływowej grupy grup. W skrócie będziemy ją nazywać gruppa. Tak, zdaje się, sama się również nazywa. Gruppa postanowiła, odrzucając wszystkie stosowane, wypróbowane i zgrane już triki, przygotować taki manewr, który nie tylko odwróci fatalną koniunkturę, ale jednocześnie przejdzie do historii polityki.
Postanowiono zastosować Wunderwaffe. Stąd kryptonim. Postanowiono podmienić premiera. Już Wam się wydaje, że w taki zwykły, przyziemny sposób. Zastąpić premiera premierem. Nic z tych rzeczy. Na to mógłby wpaść każdy jełop. Postanowiono podmienić premiera, dokonując takiej podmiany, która zmieniłaby wszystko, niczego nie zmieniając. Jeśli się komuś wydaje, że to efekt recepcji myśli księcia Saliny, grubo się myli. Zanim Salinie ten bon mot przyszedł do głowy, w partii o takiej możliwości wiedziano od dwóch, co najmniej od dwóch stuleci.
Z tym podmienianiem jest jak z kochaniem. Łatwo powiedzieć. A partia, gdy mówi, i takie tam. Słowem, partii się udało. Podobno w tajnym (oczywiście, najbardziej tajnym jak to tylko możliwe) laboratorium w Ministerstwie Zdrowia tajna (jak poprzednio) komórka pod wodzą ministra Arłukowicza od dawna przygotowywała cudowny preparat. Jego działanie jest, jak to z rzeczami genialnymi bywa, dziecinnie proste. Łykasz i się zmieniasz? Przecież to nie Stevenson. Łykasz, zmieniasz się, ale ciągle pozostajesz. Zrozumieliście wreszcie?
Podobno premier po zażyciu cudownej mikstury zmieni się, dajmy na to, bo ja przecież wszystkiego nie wiem, w premiera Tomczykiewicza. Będziemy widzieć i słyszeć (trudno ryzykować rozstrzygnięcie, co lepsze) premiera Tomczykiewicza, ale to nie będzie premier Tomczykiewicz. To będzie nasz nieoceniony premier, jedynie wyglądający i mówiący jak premier Tomczykiewicz.
Pamiętając o zaletach premiera in spe Tomczykiewicza, naród urodzi w sobie kolejne pokłady sympatii i zaufania do partii, a gdy one już będą tak wielkie, jak drzewiej bywało, premier Tomczykiewicz, który nie będzie przecież premierem Tomczykiewiczem, łyknie z buteleczki i znów stanie się sobą. Naszym ukochanym i nieocenionym premierem.
Cierpliwości.



Komentarze
Pokaż komentarze (46)