Siedziałem samotnie w niszy, jak ten sławny pisarz, co siedział w nyży, i liczyłem dni dzielące mnie od ponownego spotkania z żoną. Żona ma cykl spotkań autorskich w kilkunastu miastach słynących z miłości do literatury. Nie zajmowałem się wyłącznie liczeniem. Przeżywałem cios, jaki zadał mi czytelnik moich tekstów. Strzelał do mnie serią obezwładniających argumentów. Nie umiem zebrać myśli, nie radzę sobie z opowiadaniem ciekawych historii, popadam w alkoholowy ciąg dygresji, piszę wyjątkowo niekomunikatywnie, używam jakichś niedorzecznych aluzji, niedopowiedzeń i porównań, bez opamiętania stawiam przecinki, co przeszkadza w czytaniu, nie stać mnie, by własnymi słowami przywołać interesującą informację gazetową lub telewizyjną, nie wciągam czytelnika w serię opowieści niesamowitych, nie zajmuję się historią alternatywną. W tym miejscu przerwałem, prosząc o dodatkowe szczegóły. Okazuje się, że nigdy nie napisałem, że Kopernik był Galileuszem, którego tajne służby pewnego wyspiarskiego kraju wykradły, na jego miejsce wstawiając zupełnie inną osobę, wyłącznie przez przypadek nazywającą się również Kopernik. Odpowiedziałem, że nic o podobnym spisku nie słyszałem, a moja pani od historii mówiła wprost, że ten Kopernik był tym Kopernikiem. Usłyszałem, że nauczyciele to idioci, a dzieci bezkrytycznie słuchające ich pogawędek też wyrastają na idiotów.
Ktoś powie, że już o tym kiedyś wspominałem. I co z tego? Bez przerwy spotykam się z podobnymi zarzutami.
Nie o tym miałem jednak pisać, a to oznacza, że mój krytyk miał jednak rację. Nie przekonało go nawet stwierdzenie, że mój blog odwiedzają ludzie naprawdę wybitni. Nie przekonało, bo rzekł na to, że przychodzą tu po to tylko, żeby się ze mnie pośmiać. Jeśli tak jest naprawdę, zacznę twittować.
Zaczynam po raz kolejny. Mam nadzieję, że bez niepotrzebnych tematów ubocznych.
Nieoczekiwanie wpadła do mnie stara znajoma. Stara, bo znamy się od lat. Wpadła i swym mezzosopranem wyśpiewała:
- To jest niesłychane! To skandal! Paranoja jakaś!
- Co masz na myśli?
- Co mogę mieć? Mówię o pompowaniu PiS-u. O tym nieustannym pompowaniu PiS-u.
- Takie czasy.
- Kłamstwa, kłamstwa i jeszcze raz kłamstwa! PiS-u już praktycznie nie ma. Dogorywa. Ta komusza inicjatywa niszcząca mózgi idiotów, którzy w nią wierzą, jest flakiem. Zwykłym flakiem, którego nikt nie zdoła już napompować.
- Ale przecież mówiłaś, że pompują.
- Pompują, ale pompują sztucznie. A jeszcze więksi idioci myślą, że pomogą jakieś tak Piwlery, czy jak im tam. To jedna banda. Pompowana banda. Nikt im nie pomoże. Ani Piwlery, ani Stingery. A zresztą ten Piwler zaszkodzi PiS-owi.
- Przecież nikt nie mówi, że jest inaczej.
- Mówią, mówią, tylko tego nie słychać. A wiesz, co jeszcze mówią? Że nie rozwiążą sejmu. Hihahaha. Jeśli pan premier będzie chciał sejm rozwiązać, to rozwiąże. A ten ich prezes będzie sobie mógł jedynie zawiązać sznurowadło, ale pewnie i tego sam zrobić nie umie. Sama się położę w drzwiach sejmu, żeby rozwiązali.
- Ta historia z leżeniem skończyła się inaczej.
- Bzdura! Po mnie nie przejdą.
- Dlaczego?
- Bo nie.
- Prezes nie przejdzie?
- Nie, bo go zahipnotyzuję intelektem.
- I co? Mam się położyć z tobą?
- Nie, sama wystarczę.
- A ja, a my - pomyślałem o żonie, trochę bez sensu.
- Ty nic, bo nic nie znaczysz. A twoja żona może coś napisać lub namalować, coś, pod czym będę leżeć.
- Powtórzę - odrzekłem bez przekonania.
Mój gość odfrunął tak samo niespodziewanie, jak przyfrunął. Zadzwoniła żona, by mnie powiadomić, że będzie razem z naszą starą, a właściwie serdeczną przyjaciółką leżeć wspólnie, by podpierać sejm. Życzyłem jej powodzenia.
Wiem. To jest do ... Nic nie poradzę. Może następnym razem napiszę o tym Koperniku, który nie był Kopernikiem, chociaż wyglądał jak Kopernik.



Komentarze
Pokaż komentarze (62)