Dzień dobiegał końca, gotował się do snu. Dzień trudny, potliwy, dzień, który nie dawał wytchnienia. Dzień podobny do dnia, jak Orkan do Szmaciarza. I niesprawiedliwy mocą posiadanej władzy, a przy tym niestały, ciągle podlegający wahaniom humoru. Jednym pozwalał zapominać o troskach, rozleniwiając ich przesadnie, innych zaprzęgał do kieratu obowiązków.
- Czy jestem koniem, żebym musiała kieracić? - melancholijnie, z odrobiną cytrynowej nuty, stwierdziła Hanna bez Trwogi, której słowo "kierat" również przyszło do głowy, gdy dumała o przemijalności świata.
Żal było patrzeć na Hannę bez Trwogi, chociaż nikt nie patrzył, bo każdy wolał oglądać "Kabaret Nasączonych Pieluch". A przecież żal, jak tego Aleksandra Siergiejewicza, który chodził w "przeźroczystych muślinowych pantalonach, bez żadnej bielizny pod spodem". Żal było patrzeć na jej opuchnięte nogi, opuchnięte dłonie, opuchnięte oczy, opuchnięte serce. Opuchlizna brała się, co nikogo dziwić nie mogło, z nadmiaru pracy. Pracy ponad możliwości zwykłego śmiertelnika. Opuchlizna serca, dodajmy gwoli ścisłości, brała się z troski o bliźnich, z dręczącego niepokoju, z przeszywającego jak strzała Amora pytania: czy daję ludziom to, na co zasługują, czy moje wysiłki są dostateczne, wystarczające? Już sam fakt stawiania tak dramatycznych pytań wzbudzał szacunek i współczucie.
- Tyle wysiłków, tyle przespanych nocy, tyle udzielonych wywiadów, tyle przemyśleń, nawet Sokrates, siedząc w swej beczce, mniej myślał ode mnie, i wszystko jak naleśnikiem w patelnię - coraz bardziej rozczulała się nad sobą Hanna bez Trwogi, jednocześnie masując obolały od dumnie noszonej głowy kark.
Niewdzięczność ludzka, od Hydry gorsza potwora, nie zważa na nic i na nikogo. Nie uszanuje bohaterów, nie utuli budowniczych, nie ołzawi poległych. Hanna bez Trwogi nie liczyła na wdzięczność, wdzięczność okazywała samej sobie, liczyła na wiwaty, szkarłaty i szariaty. Jak koszula Dejaniry lub koszula Wólczanki paliły jej delikatną, alabastrową skórę ujadania sfor frustratów, zazdrośników i wariatów. Tak ją paliły, że musiała połykać wapno musujące, czyli calcium. Sądząc, że wysiłkami ponad moc ludzką czynionymi wznosi sobie pomnik syreni, zdawała się nie słyszeć głosu dalekich Syren, które wyśpiewywały: toniesz, krasawica, toniesz! Żaden wosk nie pomagał, ten spalany nie pomagał również. Syreny słyszała bowiem nie uszami, słyszała je w głowie. Medycyna, zazdrość również, zna takie przypadki.
- A ci moi, pożal się Boże - tu Hanna bez Trwogi przeżegnała się, bo nie lubiła brać imienia Pańskiego nadaremnie - przyjaciele! Mieć takich przyjaciół, to jak muchomory i muchomornice jadać na deser w salaterce. Czy oni sądzą, jakby sędziami jakimi byli, że ja jestem oślicą lub baranicą ...
Po krótkim zastanowieniu odrzuciła baranicę, gdy przypomniała sobie piosenkę Skaldów, którą niegdyś, o, czasie nieubłagany, podśpiewywała.
- Oślicą nie jestem! Ale oślicę ze mnie robią! Myślą, że się nie domyślam, że ich pomysły, ich wspieranie mojej osoby, persony właściwie, mogą mi służyć? Przecież wiem, że teraz to tak wyglada, jakbym się trzymała stanowiska jak łyżwa lodu. Że też mi się biorą takie liryczne porównania? Wiem, że tak to wyglada. I wiem, że się trzymam. Mogliby o mnie mówić łyżwa. Do tego doszło, że zostałam łyżwą! O, ja nieszczęsna! Ale z drugiej strony, jak mawiał ten od przewozu mleka, co mam zrobić, nie mam wyjścia. Nartą nie będę. Nie daruję im jednak tego, nie daruję. Nikomu nie daruję. Nie jestem rozrzutna.
Udręczenie fizyczne połączone z udręczeniem intelektu, takie zmieszane, ale niewstrząśnięte, dopełniło czary gorczycy. Hanna bez Trwogi przymknęła powieki, a Morfeusz czy Orfeusz, to zawsze zależy od wrażliwości, utulił ją do snu.
Pochrapując, śniła o potędze, bo jej się przypomniały lekcje mowy ojczystej. Śniła, że stoi na cokole, co kole dróg rozstajnych stał, a dziatki, kwiląc, znoszą tam kwiatki.



Komentarze
Pokaż komentarze (62)