O czym się mówi? Jak zwykle. O sprawach mrożących krew w żyłach. O pani prezydent miasta stołecznego, która zamrożona mogłaby służyć - jako prezydencki posąg - przyszłym pokoleniom i pierścionkom z orzełkiem w koronie. O coraz popularniejszych grach rozwijających intelekt, podczas których często pada nieodzowne: "Twój ruch". "Twój Ruch" w polityce, zwłaszcza w tak nasączonej pewnymi skojarzeniami polskiej polityce, może doprowadzić do prawdziwej rewolucji obyczajowej. Do powstania nowej gry strategicznej. "Twój Ruch" - rzeknie jeden z graczy. "No to ja palikotem do przodu" - odpowie drugi. "A ja biedroniem w tył" - usłyszy. "I tu cię mam, w takim razie pomada" - co, być może, skończy rozgrywkę.
Nieustająco mówi się o premierze. Nie komentuję tego, rozumiem, pochwalam. O czym można mówić, jeśli nie o naszym skarbie narodowym. Mówi się też o wiernym gier..., chciałem powiedzieć: o wiernym współpracowniku premiera. O rzeczniku rzeczy niewypowiedzialnych. Powinno się o nim mówić, bo jak przekonywał Boecjusz, nikt nie jest bardziej pocieszny od domorosłych filozofów.
Okazuje się, że można mówić również o "zadymce w Europarlamencie" lub o toyocie red. Kublika. Gdyby mówić o "zadymce red. Kublika" i "europarlamentarnej toyocie", nie byłoby większej różnicy. Byle mówić. Byłbym zapomniał. Bez przerwy mówi się o pedofilii. W Kościele, rzecz jasna, bo jakże mogło być inaczej. Dziś doszedł kolejny wątek tej niekończącej się opowieści - wypowiedź arcybiskupa Michalika. Już skomentował senator Libicki, który, gdyby tylko zechciał, mógłby być Katonem mowy polskiej, Orgonem bon motu i Lennonem myśli jak bumerang. W "naszej telewizji" wtórował mu o. Gużyński, sowa mniejszy, którego media kochają, z wzajemnością, za widzenie świata.
To, co napisałem, wbrew pozorom nie świadczy o mojej wyrozumiałości. Świadczyłoby, gdyby nie było tematów, o których trzeba mówić, a o których się nie mówi. Dlaczego nie piętnuje się "Człowieka z nadziei"? Nie, nie o wartość artystyczną tego dzieła chodzi. Wartości artystyczne skończyły się w chwili, gdy skończyły się dzieła. Chodzi mi o pisowski spisek reżysera i "Dżerziego", tego, który mówi, jakby nie umiał mówić, a pisze tylko trochę lepiej. Filmu nie widziałem, ale zwyczajem ludzi obytych mogę go z powodzeniem oceniać. Wspominam o tym jedynie dla porządku. Cóż to jest?! Cała rodzina Seniuków, pół rodziny Stuhrów i, jakby tego było mało, Ferdek. Ferdek w filmie o człowieku, który tylko przez przypadek nie dopłynął, odkrywając go, do Przylądka Dobrej, nomen omen, Nadziei. Toż to coś gorszego od skandalu. A na dokładkę ten, co wyskakuje z każdej szuflady, a od Karolaka, innego jej mieszkańca, różni się jedynie wzrostem, bo przecież nie urodą. Prowokacja, czysta prowokacja. "Człowiek z nadziei" ma dykcję, jaką ma, aktor ma tylko niewiele lepszą, podśmiechujki sobie chciał reżyser robić czy co? Skoro wiemy, że sam zamierzał siebie obsadzić w głównej roli w filmie "Wszystko na sprzedaż", nie mógł tego samego zaproponować "Człowiekowi z nadziei" w "Człowieku z nadziei"? Widocznie nie mógł. Bo nie o prawdę mu chodziło. Bo nie chciał pokazać prawdziwej wielkości "Człowieka z nadziei", którą wyłacznie "Człowiek z nadziei" mógłby pokazać. A gdzie są, pytam, wątki podgryzających korzenie "Solidarności" i przyszłej krainy mlekiem i miodem płynącej braci? Gdzie wyartykułowana myśl, która nawet spać "Człowiekowi z nadziei" nie dawała, przy okazji pozbawiając snu "Żonę Człowieka z nadziei", z którą w tamtych czasach wszystko robił wspólnie (vide obalał socjalizm), myśl o tym, żeby przechytrzyć przechytrzenie, którym przechytrzył wszystkich?
Krzysztof Kłopotowski często pisze o koniunkturalizmie reżysera. I dobrze, i na zdrowie. Ale między zwykłym, takim ludzkim koniunkturalizmem a kryptropisizmem jest przepaść. I o tej przepaści powinien pomyśleć Tomasz Nałęcz, któremu śni się, że jest prezydenckim falandyszem. Żona Tomasza Nałęcza budzi go wówczas, gładzi po czole i czule szepcze: "A juści." Dlaczego powinien pomysleć? Bo okazuje się, primo, że pisiory wszędzie mają swoje przyczółki, a to niczego dobrego nie wróży, oraz secundo, że słowo "nadzieja" w cieniu Dużego Pałacu brzmi raczej niezręcznie.
O czym się jeszcze nie mówi? Wstyd przyznać. Nie mówi się o "Niewidzialnej Ręce", który chciałby zostać muezinem polskiej prawicy wzywającym ją do boju. Nikt go nie słucha, a niektórzy nawet celowo miesiącami nie myją uszu, żeby nie usłyszeć choćby przypadkiem. Polska prawico, nie idź tą drogą!



Komentarze
Pokaż komentarze (95)