Zwyciężyła demokracja, bo w partii, która jest istotą demokracji, demokracja nie może nie zwyciężać. O zwycięstwie tej niesfornej damy, jaką jest demokracja, powiadomił nas, zdaje się, Paweł Zalewski. Paweł Zalewski, przypominam, gdyby ktoś nie pamiętał, to były obrzydliwy pisowiec, bo każdy pisowiec jest podobno obrzydliwy, który przestał być obrzydliwy, gdy znalazł się w partii. Partia leczy z obrzydliwości. Leczy też z wszelkich pozostałych schorzeń. Sam Zalewski, nadal przypominam wszystkim z krótką pamięcią, to ten obrzydliwy pisowiec, który marzył, by zostać szefem MSZ-u. Widocznie w jego niemal kanclerskiej głowie wylęgła się myśl, że nadaje się wyłącznie do spraw wielkich. I ja się z nim zgadzam. Zgadzam się, że w obecnym rządzie mógłby zostać szefem dyplomacji. Dlatego, że przewyższa umiejętnościami obecnego jej szefa? Nie. To bez znaczenia. Dlatego, że gdy już zabiera głos, mówi na podobnym poziomie.
Zostawmy tego przerośniętego ambicjami Zalewskiego z jego ciągle niespełniającymi się marzeniami. To była wyłącznie dygresja. Czy w partii rzeczywiście zwyciężyła demokracja? Ależ tak! Oczywiście, nie w tym znaczeniu, jakie nakreśliłem powyżej, aż tak zabawny nie jestem. Zwyciężyła, bo zawsze w systemie tzw. demokratycznym w ten sposób zwycięża. W każdej partii, nawet w mniej operetkowej, i w każdym państwie. Warto przyjąć to do wiadomości. Jeśli lider partii ma pozycję niezagrożoną, każdy przeciwnik czy tylko rywal, który staje mu na drodze, musi przegrać. Nie ma znaczenia, czy w wyborach wewnątrzpartyjnych, czy na zasadzie zwykłego odstawienia na boczny tor. Gdy rywal czy przeciwnik lidera odsuwa go od władzy lub jedynie osłabia jego pozycję, demokracja też zwycięża. Bo taka jej uroda, tej demokracji. Takie są reguły tego systemu.
W pierwszym przypadku sukcesów nie odnoszą ci, którzy mają predyspozycje do niszczenia własnych oponentów, ale potakiewicz, przepraszam najmocniej, chciałem - rzecz jasna - napisać Protasiewicz. Obojętnie, w jakim państwie rzecz się dzieje. W drugim przypadku do głosu, głosu rozstrzygającego, dochodzą ci, którzy mają predyspozycje do niszczenia własnych oponentów, by po zwycięstwie otaczać się Protasiewiczami. Potakiewiczami, rzecz jasna. Są i różnice. Są, ale one wynikają wyłącznie z, nazwijmy to, osobistych predyspozycji poszczególnych polityków. Polityka nie zna sentymentów. Są lepsi i gorsi (są tez najgorsi) politycy, są politycy kierujący się zasadami i ci, którzy żadnych zasad nie mają, są kierujący się wizją i kierujący się interesem własnym, są patrioci i obojętni na to sowo, ale sentymentem - w znaczeniu, o które mi chodzi - nie kieruje się nikt, jeśli tylko ma władzę i chce ją utrzymać. Każdemu, kto udowodni, że jest inaczej, stawiam koniak.
A teraz wróćmy do partii. Sukces Tuska, bo przecież nie pota..., Protasiewicza, rzecz jasna, jest ewidentny. Oznacza on, że partia nadal trzymana jest żelazną ręką, że rozpad nie wchodzi w grę, a Schetyna odchodzi w siną dal. Wsparcie, cichutkie wsparcie Dużego Pałacu na nic się nie zdało, co oznacza przy okazji, że - przynajmniej na razie - teza o żyrandolu nie jest daleka od prawdy. Do gry Schetyna wrócić mógłby dopiero wówczas, gdyby Tusk tonął, a do wyborów na pewno nie utonie. Tego zaś, co będzie za rok, nie da się przewidzieć. Spójrzmy zresztą na sprawę z drugiej strony. Bawiły mnie, i nadal bawią, opinie odżywiające się rolą, jaką mógłby odegrać Schetyna, gdyby miał więcej szczęścia. Tego rodzaju myślenie przypomina dziecięce igraszki. Na złość Tuskowi, niech będzie choćby Tomczykiewicz. Gdyby zresztą miało chodzić wyłącznie o to "na złość", nie miałbym nic przeciw, ale rojenie sobie, że PO Schetyny byłoby innym PO, w znaczeniu: lepszym PO, to jest właśnie czysta dziecinada. Nieco wcześniej to samo, z równą powagą, mówiono o Gowinie. Spory wewnętrzne w partii nie polegają przecież na tym, chociaż malkontenci tak je przedstawiają, że kwestionuje się odejście Tuska od zasad, które legły u podstaw założenia partii. Jakie legły, nie trzeba tłumaczyć. Spór dotyczy osobistych ambicji i dostrzegania przez bardziej bystrych albo bardziej odsuwanych od wpływów, że sprawy idą w złym kierunku. W bardzo złym kierunku. Ale przecież Tusk też to widzi! Różnica polega na tym, że on nie ma wyjścia, a oni nie mają wyboru.
Wróćmy zatem do tego, co napisałem przed chwilą. W tym kontekście może dobrze się stało, że wygrał Tusk, przepraszam, że wygrał Protasiewicz. Bo to oznacza, że nic się nie zmieni. A brak zmian nie działa na korzyść tej najwspanialszej w naszych dziejach partii i najwspanialszego rządu.



Komentarze
Pokaż komentarze (120)