Moja żona, która jest kobietą czcigodną, łagodną, pogodną i wspaniałą, popadła w depresję. Dotychczas miała bardzo wyraźnie sprecyzowany (rzekłbyś: po żołniersku) pogląd na świat. Dotyczyło to również mnie. Uważała mnie bowiem za mięczaka. Mięczniaka, jak to ona rozkosznie wymawia. Czegokolwiek bym nie zrobił, robiłem niestosownie. "Musisz być twardy, męski, raz, dwa, trzy" - mawiała. Twardość, dodajmy dla jasności, miała się kończyć po przekroczeniu progu naszego mieszkania. "Ty rozlazły kapciu - napominała - weź się w garść, bądź jak premier. Nasz premier kochany. On jest jak głaz, ten, jak mu tam, podrzutowy. Premier, gdy zachodzi potrzeba, wali pięścią w stół, wypala i wydusza, może nawet wycinać. To i tamto, ten tego."
Patrząc na premiera, myśląc o premierze, a myślę o nim bez przerwy, śniąc o premierze, a śnię o nim często, byłem w nie lada kłopocie. Z jednej strony, uwielbiałem go, czego nie muszę tłumaczyć, z drugiej zaś, uwielbiałem go nieco mniej, bo jego doskonałość źle wpływała na moje pożycie małżeńskie. Bałem się uczynić cokolwiek, ponieważ zaraz słyszałem: "Premier na twoim miejscu postąpiłby inaczej."
Z natury, chociaż nie jestem naturystą, mam skłonność do wzruszeń. Naturystą nie jestem dlatego, że wyglądam jak goździk w styczniu. Wzruszać się jednak wzruszam, nic na to nie poradzę. Czytam "Z dziejów honoru w Polsce", płaczę jak bóbr, zabieram się do "Lewicowej choroby", wylewam krokodyle łzy, z namaszczeniem ślęcząc nad tekstami Waldemara Kuczyńskiego, pocę się jak wielbłąd. Bez pamięci się pocę. Do tego stopnia, że zapominam, czy jestem jedno, czy dwugarbny. Filmy, pewnie dlatego, że działają jednocześnie na oczy, doprowadzają mnie do spazmów. Na "Pannie Nikt" lało się ze mnie strumieniami. Dosłownie. A żona za każde moje wzruszenie lała mnie. Bez wzruszenia. Ona się w ogóle nie wzrusza. Przepraszam, skłamałbym. Wzrusza się w dwóch przypadkach. Gdy podziwia własną twórczość i, chociaż nieco mniej, gdy podziwia twórczość Semiramidy Mamutowiczowej.
Na każdego kryska przyjdzie jednak jakaś matyska. Można nosić wodę hektolitrami, ale w końcu od tego noszenia dostaje się przepukliny. Okazało się, że nasz ukochany premier też jest nadzwyczaj wrażliwy. Płacze bez opamiętania. Na "Pannie Nikt" wprawdzie nie płakał, ale tylko dlatego, że wcześniej zdołał zasnąć. Jak go coś wzruszy, staje się bardzo łagodny. Może nie aż tak, jak sławna bohaterka utworu Dostojewskiego, ale lody okalające jego mężne serce topnieją, w wyniku czego zalewa się, nie kryjąc tego, łzami. Z tego należy wnosić, że gdy tylko los Grzegorza Schetyny wzruszy go naprawdę, utopi swego dawnego boiskowego partnera w powodzi łez. Miejmy nadzieję, że Schetyna umie pływać.
Gdy się dowiedziałem o wrażliwej naturze premiera, płakałem bez opamiętania. Ze wzruszenia.
Ja się wzruszyłem, ale moja żona ... Cóżeś Ty, premierze, żonie mej uczynił? Jakież frasunki w trzewia jej wlał? Siedzi, biedaczka, jeść nie chce, malować nie chce, pisać nie chce, prawych sierpowych i lewych haków nie zadaje swemu ślubnemu. Rzec można - mam w czterech ścianach fantoma. Jeśli w czterech ścianach Semiramidy Mamutowiczowej dzieje się to samo, grozi nam intelektualny kataklizm.
Przeczytałem to, co napisałem, i zalałem się łzami. Czy mogę być premierem?



Komentarze
Pokaż komentarze (191)