Wielki Aleksander, poczytny bloger S24, stawia przed PiS-em alternatywę. Albo pójdzie do wyborów w szerokiej koalicji prawicowej, albo Polska straci tożsamość, rozpływając się w morzu europejskości. Zostawmy na boku to rozpłynięcie, teza jest wprawdzie interesująca, ale zasługuje na osobną dyskusję. Mnie interesuje problem zjednoczenia prawicy. Nasz bloger przywołuje pojawiające się od czasu do czasu nawoływanie (rozdzieranie szat?), nie jest więc oryginalny, ale jest zatroskany, co warto docenić. Cóż z tego, skoro rzecz cała sprowadza się do przelewania z pustego w próżne. Nie wyzłośliwiam się, daleki jestem od tego, stwierdzam jedynie fakt.
Stwierdzając fakt, też nie jestem oryginalny, ponieważ o tym również wielokrotnie pisano. Po co do tego wracam? Po trosze sprowokowany, po trosze dlatego, że nie lubię zaklinania rzeczywistości, bo ono przynosi więcej szkód, niż pożytku. "Kochajmy się", dobre w literaturze, w polityce się nie sprawdza. W dodatku może mieszać w mniej odpornych głowach wyborców. Mając do wyboru takie mieszanie lub opowieści o wyczynach Johna Dee, wolę te drugie. Przynajmniej można się przy nich setnie pośmiać.
Jedność prawicy wokół prezesa nie jest możliwa. A jeśli jest możliwa, doprowadzi do tego, co parokrotnie już przerabialiśmy. Nie chodzi, rzecz jasna, o jakieś specyficzne fluidy prezesa, które - prędzej czy później - staną na drodze zbliżenia. Prezes nie ma tu nic do rzeczy. Choroba tkwi, powiedzmy to szczerze i z bólem, w samej tzw. polskiej prawicy. Jej najbardziej widocznym symptomem jest pożądanie awansu. Niemal każdy z prominentnych polityków prawicowych nie umie zadowolić się stopniem porucznika, kapitana, majora czy nawet pułkownika. Nie umie się nim zadowolić przez dłuższy czas. Niemal każdy wyobraża sobie, że jest urodzonym generałem (niektórzy wbili sobie do głów, że są urodzoymi marszałkami, nielicznie wprawdzie, ale i tacy istnieją), a generał od tego jest, by rozkazywać.
Prezes miał u swego boku różnych kapitanów, majorów i pułkowników, płci obojga, i każdy, kto nie cierpi na demencję, musi pamiętać, do czego to doprowadziło. Nie interesuje mnie, ile w tym było winy prezesa. Może bardzo wiele, może, w co zresztą wątpię, wyłącznie on ponosił winę za to, że współpraca się nie układała. Chodzi jednak o to, że to on jest prezesem. On jest szefem. Bez niego nie ma PiS-u, być może nie ma także prawicy. I nikt mu (dobrze to czy źle - nie wiem) przynajmniej na razie nie dorównuje. Jeśli ci wszyscy pułkownicy nie mogą się z tym na dłuższą metę zgodzić, a wiemy, że nie mogą, podaje to w wątpliwość ich dobrą wolę. A w każdym razie, ujmując rzecz delikatniej, upoważnia, by w jej istnienie powątpiewać. Wniosek nasuwa się sam (czy jest sprawiedliwy czy nie, to inna kwestia), jest to myślenie kategoriami: najpierw ja, potem sprawa.
Czy dotyczy to całej tzw. prawicy? Z pewnością nie. W przypadku M. Jurka, tak mi się przynajmniej wydaje, prezes mógłby liczyć na "koalicyjną" lojalność. Mimo że Jurek kiedyś tam PiS przecież opuścił. W przypadku wielu innych (nie piszę: wszystkich, by nikogo nie skrzywdzić albo urazić) mam daleko idące wątpliwości.
To wszystko nie oznacza, że ewentualna "wielka koalicja" nie miałaby szans na przejęcie władzy. Być może miałaby, ale cóż z tego. Po półroczu, po roku mielibyśmy do czynienia z powtórką z rozrywki. Poza tym, ileż razy - w polityce, rzecz jasna - można wybaczać, licząc na przemianę wewnętrzną dawnego współpracownika? Zwłaszcza że nie oszczędzał kubłów z pomyjami, które wylewał na głowę prezesa.



Komentarze
Pokaż komentarze (41)